LogowanieNawigacjaTrybunał Konstytucyjny
Prezydent RP - aktualnościSejm RP - NewsZ Kancelarii Premiera
Strony partii politycznych obecnych w Sejmie VIII kadencji(w układzie alfabetycznym) Książki w promocjiPO — AktualnościPSL
ZNPBelferBlogBLOGI POLITYCZNE„Skrót myślowy” — blog Janiny ParadowskiejGra w klasy — blog Adama SzostkiewiczaNowe wątki na forum DPNPopularne strony |
Aktualności„Sprawdzamy”. Czy sztuczna inteligencja może zastąpić prawnika w prostych sprawach?Czytaj także: „Sprawdzamy”. Unijna aplikacja zamiast mObywatela? Kategorie: Telewizja
Trudne negocjacje Wizz Air z Izraelem. Bezpieczeństwo kością niezgodyPod koniec ubiegłego roku węgierskie linie lotnicze Wizz Air zapowiedziały wybudowanie centrum operacyjnego w Izraelu. Baza miała powstać na międzynarodowym lotnisku Ben Gurion w pobliżu Tel Awiwu albo na mniejszym lotnisku Ramon w pobliżu kurortu Ejlat nad Morzem Czerwonym. „Węgierski przewoźnik miał zainwestować 1 miliard dolarów na rynku izraelskim w ciągu najbliższych trzech lat. Posiadać stałą flotę 10 samolotów, dodać 50 tras i stworzyć 4 tysiące miejsc pracy” – podawała wówczas agencja Reutera. Zobacz także: Duży przewoźnik uruchamia loty ewakuacyjne z Zatoki Perskiej do Europy Po wybuchu wojny z Iranem pojawiły się jednak pytania o przyszłość projektu. Według portalu, „Jerusalem Post”, „inwestycja stanęła w martwym punkcie”. Budowę nowego centrum przekreślić może niestabilna sytuacja i międzynarodowa Izraela. Trudności w przeprowadzeniu inwestycji spowodowane są przede wszystkim innymi standardami bezpieczeństwa w Izraelu i w Unii Europejskiej podczas sytuacji kryzysowych. W państwach europejskiej wspólnoty przepisy są bardziej restrykcyjne. Na Bliskim Wschodzie – z oczywistych względów – operacje lotnicze prowadzone są wtedy, gdy w innych krajach byłoby to zakazane. „Piloci zagranicznych linii lotniczych muszą również przejść specjalną certyfikację, aby móc lądować w Izraelu w sytuacjach awaryjnych, której piloci Wizz Air nie posiadają” – czytamy w Jerusalem Post. Problem budowy nowego hubu unaoczniła najnowsza wojna Izraela i USA z Iranem – większość linii lotniczych zawiesiła loty na Bliski Wschód w tym do Izraela z obawy o bezpieczeństwo, co utrudnia powrót do kraju izraelskim obywatelom. Z jednej strony każdy dzień zawieszonych lotów generuje straty finansowe, a z drugiej umacnianie się zagranicznego przewoźnika, który nie będzie mógł działać w sytuacji zagrożenia, zwiększa ryzyko dla izraelskich obywateli. Zobacz też: LOT zawiesił połączenia na Bliski Wschód. Podano listę lotnisk Kategorie: Telewizja
Jutro na Wyborcza.pl: Operacja "Muppety", czyli jak CBA fabrykowało dowody przeciwko KarnowskiemuW śledztwie dotyczącym afery Pegasusa zarzuty dostali wysoki rangą funkcjonariusz CBA i biznesmen, zarejestrowany jako jego informator. Obaj chcieli zniszczyć prezydenta Sopotu, Jacka Karnowskiego.
Kategorie: Prasa
„Zachęcamy, a nawet żądamy”. USA coraz mocniej naciska na inne krajeMichale Waltz odpowiedział w ten sposób w wywiadzie dla CNN na pytanie o sobotnie wypowiedzi prezydenta USA Donalda Trumpa, który ogłosił, że „wiele krajów” wyśle okręty na Bliski Wschód, po czym dodał, że „ma nadzieję”, że zrobią to Chiny, Francja, Korea Południowa, Wielka Brytania i Japonia. Dyplomata odmówił podania szczegółów, powołując się na trwające rozmowy. Zaznaczył jednak, że podobna sytuacja powstała podczas wojny iracko-irańskiej w latach 80., kiedy atakowane były tankowce w Zatoce Perskiej i kiedy Wielka Brytania, Francja, a nawet ZSRR włączyły się do operacji osłaniania statków z ropą. – I myślę, że właśnie do tego wzywa świat prezydent Trump, mówiąc, że cały świat jest dotknięty. Iran nie może trzymać waszych gospodarek jako zakładników i z pewnością przyjmujemy, zachęcamy, a nawet żądamy ich udziału w pomocy ich własnym gospodarkom – powiedział Waltz. Na ten sam temat wypowiedział się w wywiadzie dla telewizji NBC minister energii Wright. Choć odmówił podania, jakie państwa mają włączyć się w operacje otwarcia cieśniny, to potwierdził, że „jest w dialogu z niektórymi tymi krajami”. Zaznaczył jednocześnie, że to głównie azjatyckie gospodarki polegają na ropie eksportowanej przez Ormuz. – Japonia, Korea, Chiny, Tajlandia, Indie – znaczna część ich całkowitych dostaw energii pochodzi z Cieśniny Ormuz. Oczywiście cały świat będzie zjednoczony w kwestii potrzeby otwarcia cieśniny Ormuz i z pewnością będziemy mieli wsparcie innych krajów, aby osiągnąć ten cel - dodał. Wright ocenił, że wojna z Iranem zakończy się w ciągu kilku tygodni, a wtedy ceny ropy naftowej ponownie spadną. Przyznał jednak, że nie może tego zagwarantować. Czytaj również: „Wolność nigdy nie jest tania”. Tak Kurdowie walczą z reżimem Kategorie: Telewizja
Większość botów AI działa bez przejrzystych informacji o bezpieczeństwieNowe badanie naukowców z Uniwersytetu w Cambridge pokazuje, że rozwój agentów sztucznej inteligencji wyprzedza standardy bezpieczeństwa. Choć narzędzia AI coraz częściej pomagają nam w codziennych zadaniach, od planowania podróży po automatyzację pracy, wiele z nich działa bez publicznie dostępnych informacji o potencjalnym ryzyku.
Patryk Rozmus
Kategorie: Prasa
BMW wjechało pod szynobus. Tragiczny wypadek na MazowszuJak poinformowała rzeczniczka Komendy Miejskiej Policji w Płocku podkom. Monika Jakubowska, po godz. 14. w Ogorzelicach na niestrzeżonym przejeździe kolejowym 54-letni kierujący BMW wjechał wprost pod nadjeżdżający szynobus. Pomimo podjętej akcji reanimacyjnej, na miejscu zmarła pasażerka auta. Kierujący autem trafił z obrażeniami do szpitala. – Badania wykazały, że zarówno on, jak i 57-letni maszynista szonobusu, byli trzeźwi. Szynobusem podróżowało 9 osób, w tym 6 pasażerów. Żadna z tych osób nie doznała poważnych obrażeń – przekazała podkom. Jakubowska. Jak dodała rzeczniczka płockiej policji, droga i przejazd kolejowy w miejscu zdarzenia są obecnie całkowicie zablokowane, a utrudnienia mogą potrwać tam w niedzielę do godz. 20. Zobacz też: Poważny wypadek radiowozu w Małopolsce. Dwaj policjanci są ranni Kategorie: Telewizja
Hakerzy, szpiedzy i snajperzy. Rosyjska jednostka ściga przeciwników PutinaPortal tygodnika powiadomił, że członek jednostki – powołanej przez rosyjski wywiad wojskowy GRU – został aresztowany pod koniec lutego na lotnisku w stolicy Kolumbii, Bogocie. Rosjanin był poszukiwany przez FBI w związku z podejrzeniem o kierowanie akcjami, których celem było zabijanie rosyjskich dysydentów na Zachodzie. Denis A. posiadał co prawda perfekcyjnie podrobione dokumenty, a ze swoim najbliższym współpracownikiem, obywatelem Serbii, kontaktował się za pomocą zakodowanego Messengera. Ponieważ jednak nie znał serbskiego, a jego partner rosyjskiego, agenci używali Googla do tłumaczenia swoich wiadomości, co pozwoliło FBI na przechwycenie ich korespondencji. Jednostka 75127, nazywana też centrum 795, na polecenie Kremla przeprowadza operacje sabotażowe oraz likwiduje przeciwników Putina mieszkających na Zachodzie – podał „Der Spiegel”. Nadzór nad oddziałem sprawuje bezpośrednio szef sztabu generalnego Rosji Walerij Gierasimow. Czytaj też: Miliony Rosjan żyją w ubóstwie. Uratowałby ich ułamek wydatków na wojnę Oddział powstał na początku 2023 roku z inicjatywy sztabu generalnego. Liczy około 500 osób i – w celu zmylenia obcych wywiadów – działa pod szyldem centrum szkolenia w zakładach broni Kałasznikow. Zachodzie służby oceniają, że powodem stworzenia jednostki była kompromitacja jej poprzedniczki, której członkowie angażowali się w afery korupcyjne, a informacje o przeprowadzanych przez nią akcje przedostawały się do opinii publicznej. Według tygodnika funkcjonariusze tej grupy odpowiadają za zamach na byłego rosyjskiego agenta Siergieja Skripala i jego córkę w 2018 r., a także za zamach na bułgarskiego handlarza bronią i za wysadzenie w powietrze fabryki broni w Czechach. Jednostka – jak informuje „Der Spiegel” – dysponuje m. in. dronami, a w jej szeregach działają też hakerzy i snajperzy. Zachodnie służby początkowo zlekceważyły nową jednostkę, uważając, że ograniczy ona swoją działalność do terytorium Ukrainy. Zatrzymanie członka grupy w Kolumbii świadczy o szerszych ambicjach elitarnego oddziału – podał portal niemieckiego tygodnika. Czytaj też: Zadzwonił z ofertą, ale zachwytu nie było. Trump nie chciał pomocy Putina Kategorie: Telewizja
Rodzice wpłacili grosze. Po latach odnalazł skarbJak zauważyła włoska agencja informacyjna Agi, która opisała tę historię, „czasem rzeczywistość lubi naśladować scenariusz sztuki teatralnej, z pełnym zestawem zwrotów akcji i skarbów ukrytych pod warstwą kurzu”. Właśnie tego, dodała, doświadczył 72-letni mieszkaniec Alta Valsassina w Lombardii na północy Włoch, Umberto Libassi. W 1963 roku jego rodzice, aktorzy teatralni, wpłacili w kasie oszczędnościowej w Trieście symboliczną wówczas sumę tysiąca lirów z przeznaczeniem dla niego; miał wtedy 9 lat. Za sumę tę ponad 60 lat temu można było kupić dwie lub trzy gazety albo dwa litry mleka czy zjeść tani obiad. Dokument z dowodem wpłaty trafił do starej skrzyni, razem z teatralnymi kostiumami, rekwizytami i scenariuszami. Przechowywana była na w magazynie. Podczas niedawnej przeprowadzki mężczyzna postanowił uporządkować teatralne pamiątki swoich zmarłych rodziców i wtedy znalazł w skrzyni pożółkłą kartkę. Zaintrygowany tym znaleziskiem syn aktorów zwrócił się do rzymskiego stowarzyszenia obrony praw konsumentów, aby dowiedzieć się, czy ten dokument bankowy ma obecnie jakiekolwiek znaczenie. Odpowiedź konsultanta przerosła jego najśmielsze oczekiwania: po kapitalizacji, naliczonych odsetkach i przeliczeniu waluty w okresie 63 lat, tysiąc lirów zamieniło się w sumę około 50 tysięcy euro. Jak wyjaśniono, ponieważ właściciel przez cały ten czas nie wiedział o istnieniu wkładu w banku, prawo do roszczenia nie powinno ulec przedawnieniu. Obecnie prowadzone są kroki prawne, by umożliwić wypłatę sumy, w jaką zamieniła się równowartość pięciu kaw w barze sprzed ponad 60 lat. Czytaj też: Wysadzili w powietrze stary wiadukt. Spektakularna eksplozja w Niemczech Kategorie: Telewizja
BGK chce wydać w trzy lata na projekty dotyczące rozwoju nowych technologii 1,5 mld złBGK razem z EBI uruchomił program "Future Tech Poland", aby dać zasilanie dla 150-200 start-upów i spółek rozwijających nowe technologie. W puli jest kwota 1,5 mld zł. - Polska musi zbudować swoje zdolności w obszarze nowoczesnej, szybko rozwijającej się gospodarki - zaznacza w rozmowie z WNP członek zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego Jarosław Dąbrowski.
Kategorie: Portale
Subiektywny tydzień Zawioły. SAFE zawetowane, wypadek na Mazowszu– Prezydent Karol Nawrocki nie zaskoczył i zawetował ustawę wprowadzającą unijny program pożyczek SAFE. Wbrew niemal powszechnemu na prawej stronie przekonaniu, nie jest to zablokowanie możliwości skorzystania z tych funduszy. Tego prezydent nie mógł zrobić, co zapewne go boli, bo lubi czuć się wszechmocny i decyzyjny. Prawda jest jednak taka, że środki tak, czy inaczej zostaną uruchomione. Prezydent zablokował jedynie formę dystrybucji tych prawie 44 miliardów euro. Czyli pozbawił dodatkowych środków np.,: Straż Graniczną, Policję czy Straż Pożarną. O tym powinni pamiętać wszyscy, którzy zachwyceni są decyzją Nawrockiego. I nie powinni dziwić się, że Polska i tak weźmie ów kredyt (niezwykle korzystny, z pewnością o wiele korzystniejszy niż ten koreański zaciągnięty przez Mariusza Błaszczaka) i będzie go spłacać „przez lata”. Rodzi się zatem pytanie, czy warto było po pierwsze ryzykować utratą reputacji w armii i wśród wojskowych najwyższego szczebla. A po drugie czy warto było dla tej przegranej sprawy jeszcze bardziej skłócać społeczeństwo, doprowadzać do wojny między Kancelarią i BBNem a Ministerstwem Obrony Narodowej. Komu to potrzebne w takiej sytuacji międzynarodowej jaką mamy? Prezydent powiedział w orędziu: „Postanowiono tę sprawę wykorzystać do eskalacji społecznej polaryzacji i budowania podziałów między Polakami”. To prawda. Perfekcyjnie zrobiło to Prawo i Sprawiedliwość. Znają się na tym jak mało kto. W orędziu znów padały słowa o suwerenności i niepodległości, którymi polska prawica podpiera się w każdej sytuacji. Są takie słowa, które zyskują na sile kiedy używane są nieco rzadziej i w wyjątkowych, bardzo uzasadnionych przypadkach. Polska prawica o tym nie wie. Dlatego często szafuje także pięknym słowem „patriotyzm”, którego najwyraźniej nie rozumie, albo rozumie pokracznie. Karol Nawrocki mówi także, że Polska musi się zbroić, ale na swoich zasadach. Niestety miał na myśli zasady PiS-u. Znamy te zasady z lat 2015-2023. Wypowiedzi polityków prawej strony z mównicy sejmowej; posłów, którzy nawet nie zapoznali się ze szczegółami ustawy i listą beneficjentów a idących bezrefleksyjnie za głosem swego szefa; głosy o wyższości (nie)propozycji Adama Glapińskiego, który chce rzucić kasą, której nie ma – to wszystko zamiast działaniem na rzecz Polski nazwałbym zwyczajnym obrzydlistwem. Bo celem tych działań jest tylko i wyłącznie „sypanie piachu w tryby” rządowi Tuska. Nie rządowi polskiemu, tylko „rządowi Tuska”. Dla PiS-u to zasadnicza różnica. Zobacz także: Subiektywny tydzień Zawioły. Afera z ambasadorem USA i sportowe emocje * – W wypadku w Mąkolinie na Mazowszu zginęły dwie nastolatki. Ich kolega leży w stanie krytycznym w szpitalu. Dwóch uczestników wypadku mogło opuścić szpital, jednym z nich był 18-letni kierowca. Posiadacz prawa jazdy od zaledwie kilku tygodni, zabrał znajomych na przejażdżkę samochodem marki BMW (dlaczego najczęściej to właśnie ta marka?) i okazało się, że nad nim nie do końca panuje, zwłaszcza kiedy rozpędza go do niebezpiecznej prędkości – licznik zatrzymał się w momencie uderzenia na wartości 160 km/h. Powiedzieć w tym miejscu: „ah, ta dzisiejsza młodzież” byłoby niezręcznością, ale faktem jest, że to pokolenie ma niezwykłą łatwość w podejmowaniu ryzyka, a my dorośli w dziwny sposób udostępniamy im (nie)stosowne narzędzia. 3 marca weszły w życie nowe przepisy, według których już po siedemnastym roku życia dziecko będzie mogło zdać egzamin na prawo jazdy. Ważne jednak, że w takiej sytuacji do osiemnastego roku życia taki kierowca będzie miał obowiązek jazdy z doświadczonym (minimum 5 lat posiadania prawa jazdy) kierowcą u boku. Wszystko jest kwestią egzekwowania takiego przepisu. I w ogóle przepisów. * – Iga Świątek odpadła z turnieju w Indian Wells. Przez długi czas Iga przyzwyczajała nas do swoich zwycięstw, czy to w całych turniejach czy to w spektakularnych pojedynkach. Mieliśmy wręcz pewność, że nie zdarzy się przypadkowa przegrana, że Iga nie zejdzie poniżej pewnego poziomu. W ostatnim czasie to się jednak zmieniło. Takie rzeczy zdarzają się przecież w karierze sportowca, ale tym razem mamy do czynienia z Igą, której właściwie nie znamy albo o jakiej zapomnieliśmy. Mieliśmy wybuchy gniewu, wściekłości, rzucanie ręcznikiem i przekleństwa, które z łatwością można wyczytać z ruchu warg. I okrzyk „odwal się” wyraźnie skierowany do Darii Abramowicz, która dość głośno wyrażała swoje emocje związane ze słabszą grą Igi. O roli Darii Abramowicz w karierze Świątek mówi się coraz więcej, bo jest ku temu coraz więcej powodów. Wydaje się pełnić ważniejszą rolę nawet od trenera Wima Fissette’a, skoro to ona właśnie pokrzykuje i doradza nawet w trudnych momentach. Oczywiście jest tak, że kiedy wszystko grało, wychwalano także Abramowicz za jej pracę nad mentalnością zawodniczki. Teraz, kiedy więcej jest momentów słabszych i brakuje wyników, szuka się przyczyny i może nawet winnego. I pada na psycholożkę, bo ona sama siebie wysunęła na pierwszy plan, wręcz na pierwszą linię frontu. Po ostatnim meczu ze Svitoliną nikt nie może zaprzeczyć, że coś nie działa. Argumentów by sprzeciwiać się takiej teorii nie ma nawet ojciec Igi, który jeszcze niedawno zaatakował dziennikarzy wypowiadających się krytycznie o funkcjonowaniu sztabu. Przed Igą niedługo powrót na korty ziemne, jej ulubione. Może tu należy upatrywać nadziei. Ciąg dalszy nastąpi za tydzień. Zobacz też: Subiektywny tydzień Zawioły. Zawstydzające igrzyska, powrót U2 ważny, ale muzycznie średni Kategorie: Telewizja
Iran reaguje na apel Trumpa
Szef irańskiej dyplomacji Abbas Aragczi zwrócił się do społeczności międzynarodowej z apelem o unikanie działań, które mogłyby doprowadzić do eskalacji napięć - przekazała agencja AFP.
Kategorie: Telewizja
Wojna na Bliskim Wschodzie zmienia świat. Europa i Polska zapłacą cenę
Konflikt o światowym potencjale
Największy błąd polega dziś na przyłożeniu do tej wojny starych kategorii. To nie jest już wyłącznie konflikt „tamtego regionu”, który reszta świata obserwuje z dystansu. Owszem, nie ma podstaw, by odpowiedzialnie twierdzić, że III wojna światowa już trwa. Ale równie mylące byłoby uspokajanie, że to tylko kolejna odsłona przemocy na Bliskim Wschodzie. Ten konflikt ma potencjał światowy, bo zaczął jednocześnie wpływać na bezpieczeństwo państw trzecich, globalny handel, rynek energii i kalkulacje wojskowe Zachodu. Kanclerz Niemiec Friedrich Merz mówi wprost, że nie widzi wspólnego planu szybkiego zakończenia wojny i ostrzega przed skutkami dla bezpieczeństwa, energii i migracji. Izraelski minister spraw zagranicznych Gideon Saar deklaruje, że Izrael nie chce „niekończącej się wojny”, ale zarazem chce walczyć do momentu, który uzna za wystarczający dla usunięcia zagrożenia. Donald Trump wysyła zaś jednocześnie sygnały o możliwie szybkim końcu i groźby dalszej eskalacji, jeśli Iran utrzyma presję na żeglugę i szlaki energetyczne. To właśnie brak jednego politycznego hamulca czyni tę wojnę tak niebezpieczną. W przeszłości Bliski Wschód funkcjonował często w logice wojny pośredniej: milicji, sabotażu, ograniczonych uderzeń i kontrolowanej niejednoznaczności. Ten model był brutalny, ale częściowo sterowalny. Dziś ta osłona pękła. Gdy wchodzą bezpośrednie uderzenia i bezpośredni odwet, zaczyna działać logika prestiżu, odstraszania i wiarygodności. W takim układzie każda ze stron coraz trudniej może zrobić krok w tył bez politycznej straty. Międzynarodowa Crisis Group opisała obecną fazę wprost jako „rozlewającą się wojnę”, a Reuters zwraca uwagę, że definicja celów tej wojny po stronie uczestników pozostaje częściowo ruchoma. To oznacza konflikt, który może rosnąć nie dlatego, że wszyscy chcą wielkiej wojny, lecz dlatego, że coraz więcej aktorów nie chce wyglądać na słabych. Drugim filarem światowego potencjału tej wojny jest morze. Cieśnina Ormuz nie jest jednym z wielu punktów na mapie, ale jednym z głównych zaworów światowej gospodarki. Około 20 proc. światowego handlu ropą i LNG przechodzi właśnie tamtędy. Koncern paliwowo-chemiczny Saudi Aramco ostrzegało przed „katastrofalnymi konsekwencjami” dla rynku, jeśli blokada się utrzyma. Kiedy wojna zaczyna zagrażać jednemu z kluczowych szlaków energetycznych świata, przestaje być wyłącznie sprawą armii. Staje się testem odporności całego systemu gospodarczego. Od tego momentu państwa mogą dojść do wniosku, że przywrócenie porządku w żegludze nie będzie już kwestią negocjacji, lecz siły. To właśnie wtedy konflikt regionalny zaczyna nabierać globalnej dynamiki. Zobacz też: Oś Moskwa–Teheran. Jak Rosja zaprzyjaźniła się z Iranem Do tego dochodzi rozszerzanie pola wojny na państwa, które jeszcze niedawno próbowały balansować. Katar po irańskich uderzeniach mówi o potrzebie pogłębiania partnerstwa bezpieczeństwa z USA. Zjednoczone Emiraty Arabskie komunikują, że nie są „łatwą zdobyczą”. A Arabia Saudyjska ostrzegała Iran przed atakiem i sygnalizowała możliwość odwetu. Turcja potępia ataki jako naruszenie prawa międzynarodowego i ostrzega przed dalszą destabilizacją. To pokazuje, że wojna przestaje być „czyjąś wojną”. Coraz więcej państw regionu przechodzi z pozycji obserwatora do pozycji aktora bezpieczeństwa. A im więcej takich aktorów, tym większe ryzyko, że lokalny konflikt przerodzi się w wielopiętrowy kryzys międzynarodowy. Dla Europy ta wojna jest groźna nie dlatego, że rakiety lecą bezpośrednio na Berlin, Paryż czy Warszawę, lecz dlatego, że kontynent może zostać uderzony kilkoma kanałami jednocześnie. Pierwszy to energia. Reuters pisał już na początku marca, że wojna grozi Europie wyższą inflacją i uderzeniem w i tak słaby wzrost gospodarczy, bo zakłócenia w Zatoce natychmiast podnoszą koszty surowców. Goldman Sachs oceniał, że przy poważnym zakłóceniu przepływów ceny gazu w Europie mogłyby skoczyć bardzo mocno, a rynki już podniosły oczekiwania inflacyjne w strefie euro po skoku cen ropy. Dla Europy to nie jest tylko kwestia droższej benzyny. To pytanie o przemysł, stopy procentowe, koszty życia i odporność gospodarki, która wciąż odczuwa skutki pandemii, kryzysu energetycznego po 2022 roku na skutek wojny Rosji z Ukrainą i długiego epizodu wysokiej inflacji. Drugi kanał to handel morski. Europa jest szczególnie wrażliwa, bo jej gospodarka opiera się na płynnych łańcuchach dostaw. Kryzys Morza Czerwonego już wcześniej pokazał, jak szybko rosną koszty frachtu, ubezpieczeń i opóźnień. Gdy nakłada się na to Ormuz, problem przestaje być sektorowy. Staje się systemowy. Unia Europejska przedłużyła mandat operacji Aspides. Powód: zagrożenie dla statków jest na tyle duże, iż trzeba dalej utrzymywać unijną osłonę wojskową dla żeglugi. To ważne, bo pokazuje, że Europa sama uznała już ten pas od Bab al-Mandab po Ormuz za obszar własnego bezpieczeństwa gospodarczego. Jeśli oba wąskie gardła pozostają zagrożone jednocześnie, Europa traci komfort prostego „objazdu problemu”. Zobacz też: Wojna w Iranie staje się coraz bardziej kosztowna. Kto za nią zapłaci? Trzeci kanał to zagrożenie terrorystyczne i szerzej: bezpieczeństwo wewnętrzne. 5 marca Europol ostrzegł, że obecny kryzys zwiększa dla UE ryzyko terroryzmu, brutalnego ekstremizmu, cyberataków i działań sieci powiązanych z Iranem oraz tzw. osią oporu. Powód jest prosty. Tego typu wojna działa jednocześnie jako impuls emocjonalny, propagandowy i operacyjny. Nakręca polaryzację, radykalizację i mobilizację tożsamościową, a przy tym tworzy chaos informacyjny, w którym łatwiej o samoradykalizację lub działania inspirowane z zewnątrz. Zagrożenie jest dziś szczególne właśnie dlatego, że wojna na Bliskim Wschodzie nie jest już odległym konfliktem oglądanym w telewizji. Stała się częścią europejskiej debaty, napięć ulicznych, sporów politycznych i kampanii informacyjnych. W takich warunkach łatwiej o przejście od gniewu i symbolicznego poparcia do przemocy. Czwarty kanał to przeciążenie strategiczne. Europa już zaczęła wzmacniać obecność wojskową na południowym kierunku i we wschodnim Morzu Śródziemnym, bo wojna zaczyna dotykać jej baz, jej sojuszników i jej interesów. To nie oznacza jeszcze, że Europa weszła do wojny jako pełnoprawna strona. Oznacza jednak, że zasoby, uwaga i planowanie wojskowe muszą być rozdzielane między więcej niż jeden teatr zagrożeń. Właśnie dlatego Merz nie mówi dziś tylko o samej wojnie, ale o jej skutkach dla stabilności Europy. Kontynent nie stoi już na zewnątrz tego kryzysu. On już go odczuwa. Dla Polski ten konflikt nie jest zagrożeniem w prostym sensie geograficznym. Problem polega na czym innym: Polska jest państwem wschodniej flanki NATO i jej bezpieczeństwo zależy od tego, czy Zachód potrafi utrzymać koncentrację na odstraszaniu Rosji, jednocześnie reagując na kryzysy gdzie indziej. Każda wielka wojna na innym teatrze zmienia kalendarz produkcji zbrojeniowej, dostępność obrony przeciwlotniczej, priorytety polityczne i sposób, w jaki Waszyngton rozdziela uwagę. Wojna z Iranem może pogłębić opóźnienia w dostawach systemów Patriot i innych środków obrony powietrznej dla Ukrainy, bo popyt ze strony USA, Izraela i państw Zatoki jest ogromny, a produkcja ograniczona. To nie jest tylko problem Kijowa. Jeśli Ukraina słabnie, rośnie ryzyko dla całej wschodniej flanki, a więc także dla Polski. Drugi polski wymiar to gospodarka i energia. Z jednej strony Polska jest dziś wyraźnie odporniejsza niż przed 2022 rokiem. Europa Środkowa i Wschodnia, w tym Polska, lepiej przygotowała się na szoki podażowe dzięki dywersyfikacji dostaw, rozbudowie infrastruktury LNG i połączeń międzysystemowych. To realna poprawa. Z drugiej strony Polska pozostaje częścią wspólnego rynku europejskiego, więc nie jest odporna na skok cen ropy i gazu, presję inflacyjną ani spowolnienie gospodarcze u głównych partnerów handlowych. Mówiąc najprościej: możemy być lepiej zabezpieczeni przed fizycznym brakiem surowca, ale nie przed europejskim rachunkiem kryzysu. Czytaj też: Produkcja nie nadąża. Tak Putin korzysta na amerykańskim ataku Trzeci wymiar jest polityczny i wewnętrzny. Skoro Europol ostrzega przed wzrostem zagrożenia terrorystycznego, brutalnym ekstremizmem i cyberatakami w UE, to Polska nie stoi obok tego ryzyka. Nawet jeśli główne cele operacyjne potencjalnych zamachowców czy sieci wpływu znajdą się gdzie indziej, Polska jest częścią przestrzeni Schengen, NATO i UE, czyli przestrzeni, na którą tego typu zagrożenia oddziałują systemowo. Do tego dochodzi polaryzacja polityczna, podatność na kampanie dezinformacyjne i rosyjski interes w tym, by Europa była zajęta wieloma kryzysami naraz. W polskich warunkach zagrożenie terrorystyczne nie musi oznaczać tylko klasycznego zamachu. Może też oznaczać próbę destabilizacji przez cyberataki, radykalizację, presję informacyjną i wykorzystywanie lęku społecznego. W czasie wojny o tak wysokim ładunku emocjonalnym to zagrożenie rośnie. Dlatego dla Warszawy najuczciwszy wniosek jest twardy. Ta wojna nie musi jeszcze oznaczać III wojny światowej, ale już teraz tworzy warunki strategicznie niebezpieczne dla Polski: przez możliwe osłabienie Ukrainy, przez rozproszenie uwagi sojuszników, przez presję cenową i przez wzrost ryzyk bezpieczeństwa wewnętrznego w Europie. Najgroźniejsze nie jest to, że konflikt toczy się daleko. Najgroźniejsze jest to, że Zachód może zostać przeciążony, a przeciwnicy uznają go za system mający zbyt wiele pożarów naraz. Dla państwa frontowego to zawsze zła wiadomość. Nie ma dziś podstaw, by odpowiedzialnie pisać, że III wojna światowa już trwa. Ale są bardzo mocne podstawy, by twierdzić, że mamy do czynienia z konfliktem o wyraźnym światowym potencjale. Nie dlatego, że wszystkie armie już maszerują, lecz dlatego, że jedna wojna destabilizuje jednocześnie energię, handel, bezpieczeństwo Europy, układ odstraszania wobec Rosji i poziom zagrożenia terrorystycznego w UE. Europa już to odczuwa. Polska także. I właśnie dlatego tej wojny nie wolno opisywać jak egzotycznego kryzysu „gdzieś daleko”. To już jest rachunek naszego bezpieczeństwa.
Czytaj również: „Wolność nigdy nie jest tania”. Tak Kurdowie walczą z reżimem Kategorie: Telewizja
„Dom zły” w Warszawie. Miłość, alkohol i śmierć razy czteryDom przy Grzybowskiej 71 znajduje się w cieniu 180 metrowego wieżowca Warsaw Spire, uważanego za najwyższy i najbardziej prestiżowy biurowiec w stolicy. Budynek nie ma wiele wspólnego z prestiżem i właściwie sprawia wrażenie, jakby jego zarządcy tylko czekali, aż się zawali i będzie można postawić tam bardziej dochodową nieruchomość.
W jednej części mieszka trochę starych lokatorów. W drugiej urządzili się bezdomni, głównie z Ukrainy i Polski. Stworzyli namiastkę normalnego domu, mogąc w podgrupach wybrać sobie pokoje. Jednak zimą i początkiem wiosny 2024 roku rozegrał się tam prawdziwy horror. Zabito tam trzech lokatorów, a czwarty popełnił samobójstwo (przynajmniej nie znaleziono dowodów, że ktoś mu „pomógł”). Ciała zostały ukryte w nieużywanych pokojach. Tak by nie przeszkadzały żywym.
W kwietniu 2024 roku jedna z mieszkanek uciekła stamtąd, bojąc się, że zostanie zamordowana. Zgłosiła się na policję i opowiedziała o tym, co działo się w miejscu, które miało być azylem dla bezdomnych. Policjanci i prokuratorzy po odkryciu czterech zwłok i informacji, że mógł być jeszcze jeden denat, ale jego ciało ponad wyrzucono do śmierci, nazwali to miejsce i sprawę: „domem złym”.
Po niespełna dwóch latach śledztwa, prokurator Aleksandra Piasta-Pokrzywa z Mazowieckiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Warszawie skierowała do sądu akt oskarżenia w sprawie dwóch zabójstw. 34-letniego Andrija S. z Ukrainy oskarżono o zamordowanie dwóch bezdomnych Romana Z. i Bartosza P. 36-letni Ion B. z Mołdawii zaś miał pomagać przy pierwszej z tych zbrodni.
Czytaj także: „Dom zły” na Woli. Kiedy wypił zmieniał się w demona. Zabił dwie osoby „Byłem jak w transie”
Proces w sprawie „domu złego” właśnie ruszył przed Sądem Okręgowym w Warszawie. 34-letni Andrij S. (wykształcenie podstawowe, zarabiający jako „parkingowy” przed hotelem Marriott do 3 tys. złotych miesięcznie) był traktowany przez resztę mieszkańców Grzybowskiej 71 jako niekwestionowany lider. Większość się go po prostu bała. Zwłaszcza gdy sobie popił. Przed sądem stawał lekko strapiony, ale nie okazując większych emocji.
– Do Romana się przyznaję. Ale do Bartka już nie. Jego nie chciałem zabić – oświadczył podczas pierwszej rozprawy.
Jego wyjaśnienia z czasu śledztwa, odczytane przez sąd, ewoluowały przez kolejne miesiące w kolejne szczegóły tego, co wydarzyło się za murami „domu złego”.
Andrij poznał Romana dwa lata wcześniej, gdy ten ostatni wyszedł z więzienia. Potem obaj trafili na Grzybowską. Na początku 2024 roku Roman miał „nikomu nie dawać spokoju”. Zwłaszcza po alkoholu, który przy Grzybowskiej był spożywany regularnie, w dużych ilościach (na ile pozwalały oszczędności biesiadników). Andrij twierdził, że raz Roman przyszedł do niego z młotkiem i śrubokrętem, domagając się pieniędzy swojego kolegi.
Oskarżony twierdzi, że Roman ciągle przychodził i coś chciał. „Powiedział, żebym się wyprowadził z mieszkania. Mieszkał wtedy nade mną i chciał, żebym się wyprowadził z mojego lokalu. Zaczął przynosić swoje rzeczy. Był pijany i przyszedł z młotkiem. Wtedy nie wytrzymałem. Dałem mu cios nożem kuchennym, takim dużym, w okolice serca. Za drugim razem pociągnąłem nożem po szyi” – opowiadał w śledztwie Andrij S., ponoć bez większych emocji.
Wedle tej relacji, Roman miał pójść do swojego lokum, brocząc krwią z ran. Po jakimś czasie Andrij poszedł dokończyć dzieła. „Chciałem się upewnić, czy żyje. Dostał kilka ciosów z ręki. Potem przewróciłem go na ziemię. Ja byłem wtedy jaki w transie. Walnąłem go jeszcze po głowie i raz czy dwa nożem po klatce piersiowej. Czekałem, aż on umrze. Niezbyt długo, jakieś 15-20 minut. Kiedy zmarł, wziąłem długi kuchenny nóż i odciąłem mu obie dłonie po kości” – wyjaśniał Andrij S.
Czytaj także: Morderstwa na Woli. Ukrainiec przyznał się do winy, sześć osób w areszcie [WIDEO] Mefedron, gorzałka i nóż
W późniejszych wyjaśnieniach Andrij wyznał, że w dniu zabójstwa Romana był zarówno pijany, jak i odurzony „kryształem” (najtańszym i bardzo silnym narkotykiem sprzedawanym jako mefedron, choć pod tą nazwą kryją się przede wszystkim jego tańsze pochodne).
„Pojechałem rano po mefedron. Kupiłem 3,5 grama. Wziąłem najpierw pół grama i popiłem piwem. Pół godziny później zażyłem kolejne pół grama. Kupiłem litr wódki i kilka piw, które na Grzybowskiej wypiliśmy w 15 minut” – mówił S.
Wspominał, że zaraz potem, na uboczu – „tak by Roman nie widział” – zapodał sobie kolejne pół grama „kryształu”. A potem już doszło do ataku na Romana. Po pierwszych ciosach Andrij S. miał jeszcze zmieszać resztkę narkotyku z alkoholem” i wtedy upewnić się, czy jego ofiara nie żyje.
Po zabójstwie, S. wrzucił odcięte dłonie do reklamówki, swoją zakrwawioną odzież i wyrzucił do wszystko do śmietnika. Potem miał zapakować zwłoki do śpiwora i zaciągnąć je na strych. „Nikt mi z Romanem nie pomagał, ja zrobiłem to sam. Żałuję tego, co się stało” – twierdził.
Nigdy nie odnaleziono dłoni Romana.
Czytaj także: „Dom zły” na warszawskiej Woli. Podejrzany Ukrainiec wydany Polsce Bartosz trafia do śpiwora
W kwestii śmierci Bartosza P. Andrij nie zaprzeczał, aby zrobił mu krzywdę, ale zapewniał, że nie chciał go zabić. „Piliśmy tego wieczora. Zaczęliśmy się kłócić o różne rzeczy. Nie wytrzymałem, zacząłem go bić. On się jeszcze uderzył w parapet głową. Zadałem mu jeszcze ze dwa, trzy ciosy nogą, kiedy leżał. Potem wyszedłem zapalić. Rano zobaczyłem, że on nie żyje. Nie chciałem go zabić” – wyjaśniał Ukrainiec.
Ciało Bartka zapakował do śpiwora i zaniósł do mieszkania na trzecim piętrze, w którym leżały już zwłoki Siergieja (zabitego na przełomie marca i kwietnia żeliwną rurką przez Iwana R.)
Według śledczych Bartosz P. zginął, bo zarzucił Andrijowi m.in., że za mało dokłada się do jedzenia. Ukrainiec uderzył go w twarz, łamiąc żuchwę. A gdy P. padł na ziemię, kopał go w klatkę piersiową, gruchocząc żebra i mostek. Po wszystkim Andrij S. zabrał telefon zabitego, włożył słuchawki i słuchał muzyki. Jakby nic się nie stało.
36-letni Ion B. z Mołdawii (zdaniem prokuratury pomagał Ukraińcowi w zabójstwie Romana, w czasie którego zadali ofierze po kilkadziesiąt ciosów w tułów, głowę, ręce i nogi) przekonywał, że nie ma nic wspólnego ze zbrodnią. Miał być nawet zszokowany tym, że Andrij zabił Romana.
W kolejnej części tej historii przedstawimy prawdopodobny motyw zabójstwa Romana Z. Będzie to opowieść o miłości, śmierci, zdradzie i nadziei.
Czytaj także: Sprawa czterech morderstw na Woli. Znamy motyw [TYLKO U NAS] Uciekła, bo miała być następna
Historia ta zaczęła się w niedzielę 7 kwietnia 2024 roku, gdy na policję zgłosiła się kobieta, która powiedziała funkcjonariuszom, że w kamienicy przy ulicy Grzybowskiej 71 jest kilka ciał. Osoby te miały zostać zamordowane. Kobieta była bardzo przestraszona i mówiła, że mogła być następną ofiarą. Natychmiast do kamienicy skierowano policjantów i techników kryminalistycznych.
Najpierw odkryto ciała dwóch mężczyzn. Znajdowały się w opustoszałych pokojach. Zwłoki, w zaawansowanym stanie rozkładu, były przykryte śmieciami między innymi starą kołdrą lub śpiworem. Jednak śledczy mieli informację, że ofiar może być znacznie więcej.
Funkcjonariusze zaczęli dokładniej przeszukiwać budynek. Natrafili na kolejne dwa ciała mężczyzn. Jedno miało znajdować się na strychu, a jedno w piwnicy. To ostatnie było częściowo pogrzebane w ziemi. Na szyi mężczyzny znalezionego w piwnicy odkryto pętlę z przeciętym sznurem.
Na ciałach dwóch ofiar znaleziono obrażenia świadczące, że mogły zostać pobite na śmierć. Policjanci odkryli w pobliżu przedmioty, które mogły być użyte do zabójstwa. Kolejna miała rany kłute i rąbane. W sprawie mężczyzny z piwnicy, prokuratura nie znalazła dowodów wskazujących, że doszło do zbrodni.
W ciągu kilku miesięcy zarzuty usłyszało 11 osób, w tym Andrij S. i Ion B., którym zarzucono morderstwa. Zdecydowana większość podejrzanych miała ponieść konsekwencje za niezawiadomienia o przestępstwie.
Czytaj także: Morderstwa na warszawskiej Woli. Zatrzymano dziesiątą osobę Kategorie: Telewizja
"To oznacza eskalację konfliktu". Analitycy pełni obaw
Ceny ropy mogą dalej rosnąć. Konflikt na Bliskim Wschodzie coraz mocniej zagraża infrastrukturze energetycznej w regionie Zatoki Perskiej. Wstrzymanie żeglugi przez cieśninę Ormuz wywołało największe od lat zakłócenie globalnych dostaw.
Kategorie: Telewizja
QUIZ Przysłowia o wiośnie. Sprawdź swoją pamięć i dokończ ludowe porzekadła!Marzec, kwiecień i maj to miesiące, które występują dość często w tradycyjnych mądrościach. Czy się sprawdzają? Przypomnij je sobie i się przekonaj! W każdym pytaniu są tylko dwie odpowiedzi, ale nie zawsze oczywiste.
Wioleta Matela-Marszałek
Kategorie: Prasa
Tłumy Węgrów na marszu Orbana. „Nie staniemy się ukraińską kolonią”Dziesiątki tysięcy osób dołączyło do organizowanego w Budapeszcie przez premiera Węgier Viktora Orbana „Marszu Pokoju”. Węgrzy obchodzą w niedzielę Święto Narodowe, które upamiętnia rewolucję z 1848 roku.
Kategorie: Telewizja
Pilne środki dla wojska. "Decyzja nadzwyczajna"
Izraelski rząd zaakceptował przeznaczenie 827 milionów dolarów na pilne zakupy dla wojska - podała agencja AFP, powołując się na doniesienia izraelskich mediów. Nie podano jednak szczegółów dotyczących tego, na jakie konkretnie cele zostanie przeznaczona ta kwota.
Kategorie: Telewizja
Duet na medal. Kolejny sukces Polaków na igrzyskach paralimpijskichPo pierwszym przejeździe niedzielnej rywalizacji w kategorii niewidomi i niedowidzący na trasie w Cortinie d'Ampezzo biało-czerwoni plasowali się na pierwszym miejscu, mając 0,57 s przewagi nad późniejszymi triumfatorami, Włochami Giacomo Bertagnollim i przewodnikiem Andreą Ravellim. W drugim także pojechali świetnie, złoty medal przegrali tylko o 0,84 s. Trzecie miejsce i brązowy medal wywalczyli Kanadyjczycy Kalle Ericsson i Sierra Smith, którzy byli wolniejsi o 1,60 s. Podobnie jak w przypadku Polaków, jest to drugi medal Włochów, w slalomie gigancie zdobyli bowiem srebro. Gołaś i Walas od kilku lat zaliczają się do czołówki międzynarodowego paranarciarstwa alpejskiego. W Cortinie d'Ampezzo zajęli także piąte miejsce w alpejskiej superkombinacji. Michał ma 21 lat, a Kacper – 22. Obaj są debiutantami na igrzyskach. Wszystko wypracowali samodzielnie. Nie ma bowiem podręcznika dla przewodników osób z niepełnosprawnością wzroku. Reprezentacja Polski czekała osiem lat na medal zimowych igrzysk paralimpijskich. W 2018 roku w Pjongczangu również brąz wywalczył ścigający się na monoski alpejczyk Igor Sikorski w slalomie gigancie. Teraz dwukrotnie na listę medalistów wpisał się w narciarstwie alpejskim Gołaś. Czytaj też: Na trasę po kilku głębszych. Szokujące wyznanie brytyjskiego biegacza Kategorie: Telewizja
„Chcemy być SAFE!”. Protest przed Pałacem PrezydenckimKomitet Obrony Demokracji zorganizował w niedzielę manifestację pod hasłem „Chcemy być SAFE!”. Pikieta odbywa się przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu.
Kategorie: Telewizja
Tłumy Węgrów na marszu Orbana. „Nie staniemy się ukraińską kolonią”Na czele pochodu niesione są dwa transparenty: „Marsz Pokoju” i „Nie staniemy się ukraińską kolonią”. W tłumie dominują węgierskie flagi oraz symbole Fideszu – ugrupowania premiera Orbana. Na straganach w okolicy zgromadzenia sprzedawane są czerwono-biało-zielone kokardy, bransoletki czy flagi. Marsz przechodzi przez Most Małgorzaty z Budy, z zachodniej części stolicy, do Pesztu, gdzie na Placu Kossutha do swoich zwolenników przemówi premier Orban. Niedzielny pochód, podobnie jak szereg innych wydarzeń organizowanych przez węgierskie władze w ostatnich miesiącach, ma wyrazić sprzeciw wobec podejścia Unii Europejskiej do wojny na Ukrainie. Orban opiera swoją kampanię przed wyborami parlamentarnymi z 12 kwietnia na proteście wobec wsparcia udzielanego Kijowowi przez UE, które – zdaniem Budapesztu – przedłuża wojnę i torpeduje wysiłki pokojowe podejmowane m.in. przez prezydenta USA Donalda Trumpa. Rząd Węgier zarzuca również Ukrainie próby wpływania na wewnętrzną politykę kraju i wspierania rzekomo proukraińskiej opozycji. Jej lider, przewodniczący Tiszy Peter Magyar, organizuje później w niedzielę własny marsz z okazji święta narodowego Węgier. W ostatnich dniach zarówno Orban, jak i Magyar zachęcali swoich zwolenników do uczestnictwa w niedzielnych wydarzeniach, które część komentatorów postrzega jako główny test obu obozów przed kwietniowymi wyborami. Węgierskie Święto Narodowe upamiętnia jeden z najważniejszych momentów w historii Węgier: wybuch rewolucji z 1848 roku. Obchodami wspomina się walkę o niepodległość, prawa obywatelskie i rządy konstytucyjne podczas fali europejskich powstań znanych jako Wiosna Ludów. Dzień ten jest oficjalnym świętem narodowym Węgier od 1990 roku. Czytaj też: Wysadzili w powietrze stary wiadukt. Spektakularna eksplozja w Niemczech Kategorie: Telewizja
|
Sondaże polityczneAnkietaStudio OpiniiTVN24 - wiadomości, KrajGazeta Wyborcza — kraj
wnp.pl Informacje z otoczenia przemysłu
TOK.fm - Najważniejsze informacje z Polski
TVN24 Biznes i ŚwiatPortaleTVP.Info
300polityka
Dziennik
Wirtualnemedia.pl
CzęstochowaZ serwisów lokalnych Urząd Miasta CzęstochowyDziennik Zachodni - Częstochowa
Gazeta.pl — Częstochowa
wCzestochowie.pl
Częstochowa - samorząd
|
Ostatnie odpowiedzi
15 lat 31 tygodni temu
18 lat 14 tygodni temu