Aktualności

Przednówek już nie budzi grozy, ale nadal bywa trudny

TVP.Info - 5 godzin 18 min. temu

Cztery miesiące głodu i strachu – tak lata temu wyglądał przednówek na wsi. Nie był to po prostu moment przejściowy między zimą a wiosną, lecz prawdziwa próba przetrwania – czas, gdy wiejskie spiżarnie świeciły pustkami, ziemia nie dawała jeszcze plonów, a ludzie z desperacją sięgali po wszystko, co dało się zjeść. 


Obecnie, w dobie nadmiaru i marnowania żywności, trudno wyobrazić sobie, że nasi przodkowie nieraz musieli walczyć o przeżycie. Jednak także współcześnie o tej porze roku wiele osób ma powody do niepokoju. Skarżą się na gorsze samopoczucie i słabszą odporność. Wynika to między innymi z niedoboru witamin, mniejszej aktywności fizycznej, zmian temperatury czy niedoboru światła słonecznego.


Chleb z perzu, zupa z pokrzyw


Przednówek na wsi funkcjonował aż do XX wieku i stanowił synonim nędzy i głodu. To okres między końcem zapasów żywności z poprzedniego roku a zazielenieniem się łąk i pierwszymi plonami w nowym roku. O tym, że był to wyjątkowo ciężki czas, świadczą chociażby zapomniane już dziś przysłowia, jak na przykład: na Świętego Marka nie ma co włożyć do garnka.


Jak sobie w tym trudnym czasie radzono? – Robiono chleb z mąki z perzu, bywało, że używano mąki z żołędzi. Bardzo często sięgano po takie chwasty jak lebioda, czyli komosa biała. Z młodej pokrzywy gotowano zupę. Kiedy już pojawiał się szczaw, to oddychano z ulgą – to była roślina, która zapowiadała koniec głodu – opowiada Julia Szot z Muzeum Etnograficznego we Wrocławiu.


Zobacz też: Nowe wytyczne w USA. Więcej czerwonego mięsa i tłuszczów nasyconych

Kategorie: Telewizja

Epidemia na igrzyskach? Norowirus zaatakował sportowców

TVP.Info - 5 godzin 31 min. temu

Pojedynczy przypadek w ekipie Szwajcarii potwierdzono dwa dni po tym, jak Kanada i Finlandia zostały zmuszone do przełożenia swojego pierwszego meczu, gdy czwórka Finek zachorowała na norowirusa.


– Mieliśmy kilka przypadków w ekipie Finlandii z objawami, które zostały wyleczone. Jeden przypadek z objawami miał miejsce w drużynie Szwajcarii, jednak zespół medyczny zajął się nim w najbardziej odpowiedni sposób. Powiedzmy sobie jasno: nie ma wybuchu epidemii – powiedział na konferencji prasowej dyrektor wykonawczy igrzysk Christophe Dubi.


Przypadki nie są powiązane


Jane Thornton, szefowa służby medycznej MKOl, stwierdziła, że przypadki nie są ze sobą powiązane. Norowirus, czasami nazywany zimowym wirusem wymiotów, jest najczęstszą przyczyną ostrego zapalenia żołądka i jelit. Objawia się biegunką i wymiotami.


W sobotę w turnieju olimpijskim we Włoszech Finki zagrają z Amerykankami, a Szwajcarki z Kanadyjkami.


Czytaj też: Polska jednak zorganizuje igrzyska? Prezydent podał trzy możliwe daty

Kategorie: Telewizja

Węgierska opozycja idzie po wygraną. Ma plany wobec Polski i Rosji

TVP.Info - 5 godzin 34 min. temu

Peter Magyar i pozostali liderzy TISZY w 240-stronicowym programie, zaprezentowanym podczas emisji na żywo w serwisie YouTube, obiecali nie podnosić podatku PIT, odmrozić fundusze unijne, odbudować rządy prawa, prowadzić prozachodnią politykę zagraniczną oraz odbudować opiekę zdrowotną, oświatę i system socjalny.


Anita Orban, odpowiadająca w obozie TISZY za politykę zagraniczną, zapowiedziała plan wzmocnienia pozycji Węgier w Unii Europejskiej i NATO w przypadku wygrania przez to ugrupowanie kwietniowych wyborów parlamentarnych. Dodała jednocześnie, że rząd TISZY nie zaakceptuje budżetu UE na 2027 rok w obecnej formie ani paktu migracyjnego. Nie poprze też przyspieszonej akcesji Ukrainy do Wspólnoty.


„Musimy odbudować relacje polsko-węgierskie”


Musimy też odbudować relacje polsko-węgierskie i prowadzić profesjonalną i odpowiedzialną dyplomację – podkreśliła Anita Orban.


W centrum sporu między obecnym rządem Węgier, kierowanym przez Viktora Orbana, oraz gabinetem Donalda Tuska znajdują się dwie kwestie: odmienne podejście do wojny w Ukrainie i pomocy udzielanej jej przez UE oraz ochrona, jakiej władze w Budapeszcie udzieliły byłemu wiceministrowi sprawiedliwości Marcinowi Romanowskiemu oraz byłemu szefowi tego resortu Zbigniewowi Ziobrze, poszukiwanym przez polską prokuraturę.


Zobacz też: Orban walczy o przetrwanie. Takiego rozdawnictwa na Węgrzech jeszcze nie było


Prezentując w sobotę strategię energetyczną TISZY, Istvan Kapitany zapowiedział, że rząd tej partii do 2035 roku zakończy zależność od importu rosyjskiej energii, a do 2040 roku podwoi udział energii odnawialnej w miksie energetycznym Węgier. – TISZA obniży też rachunki za media, podatek VAT od drewna opałowego i uruchomi program modernizacji energetycznej – zapowiedział.


Wybory parlamentarne na Węgrzech odbędą się 12 kwietnia. Większość niezależnych sondaży daje TISZY od kilku do kilkunastu punktów procentowych przewagi nad Fideszem Orban. Dziennikarz Szabolcs Panyi dotarł do wewnętrznych sondaży zamawianych przez partię Orbana. Ostatni pomiar wskazuje na zwycięstwo opozycji w stosunku 41:31 procent w całym społeczeństwie. Sondaże publikowane przez instytuty badawcze z reguły dają więcej.


Kategorie: Telewizja

Legia Warszawa była w piekle. Antonio Colak w 5 minut podniósł ją z kolan

Dziennik - 5 godzin 38 min. temu
To był mecz, w którym było dużo walki, determinacji i emocji. Kibice nie mogli też narzekać na brak goli. W 20. kolejce Ekstraklasy Arka Gdynia zremisowała na własnym boisku z Legią Warszawa 2:2. Takim wynikiem rozczarowani mogą być gospodarze, bo jeszcze 5 minut przed ostatnim gwizdkiem sędziego prowadzili 2:0. Goście jednak za sprawą Antonio Colaka zdołali doprowadzić do remisu. Michał Ignasiewicz
Kategorie: Prasa

Montaż klimatyzacji może skończyć się eksmisją. Właściciel musi to zrobić

Portal samorządowy - 5 godzin 42 min. temu
Montaż klimatyzacji na balkonie bez zdobycia odpowiedniej zgody może się źle skończyć dla właściciela mieszkania. Wspólnota mieszkaniowa ma w tym wypadku prawo żądać demontażu urządzenia - a sprawa może skończyć się w sądzie.
Kategorie: Portale

Zapomniane mistrzostwa. Gdy Zakopane było stolicą światowego sportu

TVP.Info - 5 godzin 42 min. temu

30 tysięcy kibiców pod Krokwią, problemy ze znalezieniem noclegu, tłumy w restauracjach i jeszcze gigantyczny korek na trasie, której wtedy nikt jeszcze nie nazywał zakopianką. To nie opis jednego z zakopiańskich weekendów ze skokami narciarskimi. Podobne historie działy się już przed drugą wojną światową. W lutym 1939 roku w Zakopanem odbyły się mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym, nazywane wówczas Mistrzostwami Świata FIS.


Mistrzostwa świata w Zakopanem


Tuż po odzyskaniu niepodległości Zakopane w zyskało statut zimowej stolicy Polski. Potwierdziło to przyznanie praw do organizacji mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym w 1929 roku. Impreza przeszła bez większego echa. Cała Polska zwariowała na punkcie białego szaleństwa dekadę później. 


Prawdziwy przeskok cywilizacyjny czekał jednak stolicę polskich Tatr dekadę później. W 1938 roku Międzynarodowa Federacja Narciarska FIS zdecydowała, że najlepsi sportowcy w dyscyplinach biegowych, zjazdowych i skokach ponownie zawitają pod Giewont w lutym 1939 roku. 


Dla Zakopanego miał to być generalny test przed staraniem się o organizację zimowych igrzysk olimpijskich. 


W ciągu zaledwie kilku miesięcy udało się przeprowadzić dwie inwestycje, które służą mieszkańcom i turystom do dziś. Niezwykle efektownie jak na tamte czasy prezentował się hotel górski Tatrzańskiego Towarzystwa Narciarzy


Duże inwestycje i ogromne tempo


Wybudowano „wielki gmach o pięciu kondygnacjach. Celem było stworzenie samodzielnego ośrodka życia sportowego i towarzyskiego połączonego z Kuźnicami linią autobusową (...). Kalatówki posiadają nie tylko doskonałe tereny ćwiczebne dla narciarzy, lecz również i stok slalomowy (w Suchym Żlebie), jeden z najlepszych w Europie, na którym w tym sezonie będą rozegrane Mistrzostwa Świata” – czytamy w biuletynie Tatrzańskiego Towarzystwa Narciarstwo. Hotel służy turystom to dziś jako schronisko PTTK.


Jeszcze większe wrażenie zrobiło tempo prac na Gubałówce. Blisko półtorakilometrową trasę kolejki linowo-terenowej ukończono w ekspresowym tempie. Od wbicia pierwszej łopaty do oddania inwestycji do użytku minęło zaledwie 168 dni. 


Kolejną modernizację przeszła Krokiew, której punkt krytyczny wynosił już 80 metrów. Rozbudowano także trybuny. Wcześniej mogły one pomieścić około dwóch tysięcy kibiców. 


Do dyspozycji była już kolejka linowa na Kasprowy Wierch, zbudowana w zaledwie 227 dni za astronomiczną kwotę 3,5 mln złotych. To właśnie tam odbywały się konkurencje w narciarstwie alpejskim. 



Tłumy w restauracjach, korki na drogach


Stolica polskich Tatr nigdy wcześniej nie przeżyła takiego oblężenia gości. Znalezienie wolnego miejsca w restauracji graniczyło z cudem. „Przy każdym stoliku stała kolejka kandydatów i czekała, aż przełkniesz obiad. Nade mną stała jakaś pani i denerwowała. – Dlaczego pan kraje takie małe kawałki, kiedy pan skończy jeść ten kotlet” – dzielił się swoimi historiami dziennikarz „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”. 


Mistrzostwa były też doskonałą okazją dla reklamodawców. Najoryginalniejszą kampanię przygotował producent papierosów Fis, który wykorzystując zbieżność nazw z zakopiańską imprezą, krzyczał z reklam umieszczonych w prasie: „Sportowcy, palcie papierosy Fis!” 


W Tatry przyjechały prawdziwe tłumy, a doskonale widać to było po zakończeniu konkursów skoków, gdy wszyscy zaczęli kierować się w stronę Krakowa.


Z Zakopanego odprawiono rekordową liczbę 52 składów pociągów, ale wiele osób postawiło też na samochody i autobusy. Zator ciągnął się od Chochołowa do Chabówki. Jeśli wierzyć ówczesnym relacjom prasowym, w korku utknęło tysiąc aut. Powrotów nie ułatwiała też pogoda. 


Tak sytuację na drogach opisywał „Ilustrowany Kurier Codzienny”. 

Z odsieczą przyszli górale, którzy na prośbę policji posypywali drogę piaskiem. 


Zakorkował się też Kraków. Według relacji „IKC” kierowcy, którzy dojechali do Grodu Kraka od razu udawali się do barów, gdzie między sobą dzielili się wrażeniami z podróży. 


Zakopiańskie mistrzostwa były największą sportową imprezą międzywojennej Polski. Wzięło w nich udział blisko 500 sportowców z 14 krajów. Zawody relacjonowało 200 dziennikarzy, z czego niemal połowę stanowili korespondenci zagraniczni. Siedem stacji radiowych przeprowadzało bezpośrednie transmisje z zakopiańskich aren.


Mistrzowski rozmach


Wielkie wrażenie na dziennikarzach z całej Europy zrobił przygotowany przez ówczesnego potentanta polskiej fotografii Franaszka specjalny balon, z którego fotoreporterzy robili zdjęcia. 


Fotografie były błyskawicznie wywoływane i rozsyłane do redakcji w całej Europie dzięki poczcie ekspresowej. 


Tak wyglądała praca dziennikarzy


„Fotografowie ci wykonują dziennie ok. 600 zdjęć, po czym (...) wybierany jest materiał aktualności prasowych z danego dnia zawodów. Do szybkiego dostarczania zdjęć z terenu zawodów zaangażowani zostali łącznicy narciarscy oraz uruchomiono dwa samochody, które bez straty czasu przywożą fotografie do wywołania do laboratorium” – opisywał „IKC”. 


„To coś niespotykanego, obsługuję wielkie imprezy od dawna, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem” – cytowała gazeta jednego z niemieckich korespondentów krakowska gazeta. 


Nie było mowy o faksie czy internecie. Dziennikarze relacje czytali przez telefon. Poczta Polska przygotowała kilkanaście nowych linii telefonicznych, ale to i tak było za mało. 


„IKC” zwrócił uwagę na fińskiego korespondenta, który w taki sposób nadawał swój tekst: „gadał strasznie długo prawie dwie godziny. Przez cały ten czas ani raz nie podniósł głosu, ani razu nie zmienił tonacji, nużącym jednostajnym tonem opowiadał o wspaniałym pochodzie Larsa Bergendahla (mistrza świata w biegu na 50 km – przyp. red.), doskonałej formie Jussi Karpllena (mistrza świata w biegu na 18 km – przyp. red.)”.



Ucierpieli na tym czytelnicy krakowskiej gazety, bo przez zajęty w nieskończoność aparat telefoniczny, relacja z niedzielnego konkursu skoków ukazała się dopiero we wtorkowej gazecie. 


„Triumf polskiej organizacji, ale klęska naszych nadziei”


To tytuł z „Przeglądu Sportowego” tuż po zakończeniu wieńczącego mistrzostwa konkursu skoków. Ogromne nadzieje wiązano z osobą Stanisława Marusarza. 


Zakopiańczyk rok wcześniej zdobył w Lahti srebrny medal. Kilkanaście dni przed początkiem mistrzostw Marusarz otrzymał Państwową Nagrodę Sportową za osiągnięcia w 1938 roku. 


Przyznała mu ją kapituła nadawcza Państwowej Komisji Sportowej, w skład której wchodzili m.in. przedstawiciele PKOl, związków sportowych czy ministerstwa spraw zagranicznych. Nagrodę można porównać z przyznawanym obecnie tytułem Sportowca Roku


Tak nad Marusarzem rozpływał się „Przegląd Sportowy”.


Po kilkunastu dniach tak dobrze o nim już nie pisano. Bo w Zakopanem złota nie było, miejsca na podium na też nie. 


Marusarz zawiódł nadzieje


„Polscy skoczkowie nieco rozczarowali. Być może pozostaje to w związku ze znacznymi nadziejami, jakie przywiązywaliśmy do skoków, mając w pamięci zeszłoroczny wynik Stanisława Marusarza, jak również dobre wyniki treningowe Jana Kuli. Stało się inaczej” – opisywał „Kurier Sportowy”. 


A presja była ogromna. Zainteresowanie również. „Nigdy jeszcze w swej historii nie oglądało Zakopane takich tłumów (...). W niedzielę od godz. 10 rano sunęły sznury aut, dorożek i pieszych na stadion. Jeszcze na godzinę przed rozpoczęciem konkursu stadion był już pełny. Podobno było ponad 25 tysięcy osób” – czytamy w pełnym emocji reportażu „Przeglądu Sportowego”. 


Tak konkurs skoków relacjonował „Kurier Sportowy”.



Polski skoczek dość osobliwie skomentował rywalizację na Krokwi. – Właściwie nie mam nic do powiedzenia. Winien jestem sam, odbiłem się o jakieś dwa metry za wcześnie, a szkoda, bo mogłem wygrać – powiedział krótko i dosadnie. 


W dalszej części rozmowy z Marusarz dzieli się swoją opinią na temat zawodów, bo sporo kontrowersji wzbudziły oceny sędziowskie. Polak dostał dość niskie noty, z kolei mocno faworyzowany był Bradl kosztem Norwega Birgera Ruuda.


Dziennikarze nie przytaczają jednak opinii skoczka. „Spojrzenie zawodnika jest bliższe spojrzeniu widza niż sędziego. W obu wypadkach wspólnym elementem jest czynnik emocjonalny. (...) Dlatego nie możemy niestety przedstawić jego oryginalnej listy sześciu pierwszych zawodników” – moralizował „Przegląd Sportowy”.


Nie tylko skoki


W Zakopanem rozdano medale w jedenastu dyscyplinach. Żaden z Polaków nie stanął na podium, co już przed rozpoczęciem zawodów wieszczył „Przegląd Sportowy”. W dyscyplinach klasycznych na starcie stanęło trzydziestu Biało-Czerwonych. Za dużo, zdaniem najbardziej opiniotwórczej sportowej gazety w kraju. 


„Zbyt szczodrą ręką puszczamy na start zawodników, niereprezentujących poważnej klasy (…). Dopiero na liście wyników pokażemy urbi et orbi kilkanaście bezapelacyjnych ostatnich miejsc. Znajdziemy jednak na to radę – po prostu ich nie wydrukujemy” – znalazł rozwiązanie dziennikarz „PS”. 


Z największą liczbą medali do kraju wróciła III Rzesza, po raz pierwszy w historii wyprzedzając w klasyfikacji medalowej Skandynawów. 


„Baczne oko fachowca jednak dojrzy, iż wyniki te nie są rezultatem pracy kierownictwa sportu Rzeszy, ale następstwem przyłączenia do Rzeszy krajów byłej Austrii oraz Sudetów (dawniej Czechosłowacja), gdzie sport już stał wysoko i skąd Niemcy dopiero sięgnęli po cenne siły” – celnie zauważył „IKC”.


Gratulacje od Hitlera


Wraz z kolejnymi medalami dla III Rzeszy do Zakopanego spływały depesze gratulacyjne od Adolfa Hitlera. Konkurs skoków wygrał Austriak Bradl, z którym po latach spotkał się Wojciech Fortuna, mistrz olimpijski z Sapporo z 1972 roku. 


Bradl skakał jeszcze po zakończeniu II wojny światowej. Później prowadził bardzo popularny ośrodek narciarski. 


Tak w autobiografii „Skok do piekła” pisał o nim Fortuna.


Czarną legendą owiał się jeden z trenerów polskich narciarzy zjazdowych – Sepp Roehrl.

 

Jak pisał w swojej pracy doktorskiej Maciej Baraniak, „Austriak przybył do Zakopanego w 1937 na zaproszenie PZN, by wziąć udział w slalomie specjalnym, rok później został zaangażowany w charakterze instruktora narciarskiego. W sezonie letnim pracował w Warszawie jako instruktor tenisa”. 


Trener i agent Gestapo


W Zakopanem pojawił się ponownie jesienią 1939 roku, już jako agent Gestapo. Tak spotkanie z nim opisywał w książce pt. „Opowieści Tatrzańskich Kurierów” Alfons Filar


„Kiedy las się skończył, dostrzegliśmy kilku narciarzy. Deptali śnieg przygotowując sobie zjazd. Był wśród nich Sepp Roehrl, trener austriacki, którego znaliśmy sprzed wojny. Niedawno dowiedzieliśmy się, że Roehl to agent Gestapo. No cóż, wycofać się już nie było można. Przejeżdżając koło niego dość szybko, powiedziałem: „Serwus”. Zdziwił się pewnie, no bo plecaki i w ogóle tak nagle tu się pokazaliśmy. Ale nie zamierzaliśmy się zatrzymywać ani tym bardziej nawiązywać rozmowy. Szybko zjechaliśmy w dół – opisywał należący do komunistycznej partyzantki Filar. 


Filarowi się poszczęściło. Ale mający świetne rozeznanie wśród środowiska sportowego trener przyczynił się do aresztowania wielu znanych sportowców czy działaczy w tym m.in. Heleny Marusarzówny i Bronisława Czecha


Czech nie dożył końca wojny. W maju 1940 roku zatrzymało go Gestapo, prawdopodobnie z inspiracji Roehla. Nie godząc się na trenowanie niemieckich narciarzy, trafił do Auschwitz. W obozie koncentracyjnym uczestniczył w ruchu oporu dowodzonym przez Witolda Pileckiego. Zmarł kilka miesięcy przed wyzwoleniem Auschwitz przez Sowietów. 


Zaangażowana w konspirację Marusarzówna została schwytana przez żandarmerię słowacką podczas przerzucania ludzi i poczty przez granicę. Pomimo wielokrotnych tortur nie zdradziła tajnych informacji. Została rozstrzelana w lipcu lub wrześniu 1941 roku.


Powojenne losy Roehla nie są znane. 

Kategorie: Telewizja

Co akta Epsteina mówią o świecie nauki? Podcast „Niepytalski pyta”

TVP.Info - 5 godzin 42 min. temu

W piątek 30 stycznia amerykański Departament Sprawiedliwości ujawnił ostatnią nieznaną do tej pory – i prawdopodobnie ostatnią w ogóle – część dokumentów z akt sprawy dotyczącej Epsteina. Opublikowano trzy miliony stron, 180 tys. zdjęć oraz 2 tys. nagrań wideo.


Jeffrey Epstein był oskarżony w USA o handel seksualny nieletnimi i według śledczych skrzywdził dziesiątki osób. W 2019 roku popełnił samobójstwo w nowojorskim areszcie przed rozpoczęciem procesu.



Czytaj także: Epstein, ICE i wybory. Polityczne napięcia w USA

Kategorie: Telewizja

Wyścig o broń kosmiczną. Chiński sterownik ma sposób na Starlinki

TVP.Info - 5 godzin 47 min. temu

Chiny opublikowały w ostatnich latach wyniki szeregu badań, w których rozważano potrzebę opracowania metod umożliwiających zakłócenie działania dużych konstelacji satelitów, w tym sieci Starlink Elona Muska. Wiele wskazuje na to, że im się to udało lub że są bardzo blisko tego celu. 


Naukowcy z Północno-Zachodniego Instytutu Technologii Jądrowej (NINT), ośrodka badawczego powiązanego z chińską armią w Xi'an, twierdzą, że zbudowali najmniejszy na świecie sterownik dla broni wykorzystującej mikrofale dużej mocy (HPM). System ten może potencjalnie służyć do zakłócania sieci satelitarnych, takich jak Starlink.


„Kompaktowy sterownik impulsowy może umożliwić ataki mikrofalowe o dużej mocy, trudniejsze do wykrycia i zidentyfikowania niż konwencjonalna broń przeciwsatelitarna, co potencjalnie pozwoli Chinom wyprzedzić Stany Zjednoczone i Rosję w wyścigu o broń kosmiczną– podkreśla serwis Euronews. 


Setki tysięcy impulsów


Urządzenie, znane jako TPG1000Cs, ma około czterech metrów długości i waży około pięciu ton, co czyni je znacznie mniejszymi od porównywalnych systemów.


„System wykazał stabilną pracę w nieprzerwanych odstępach jednej minuty, gromadząc około 200 000 impulsów przy zachowaniu stałej wydajności” – wskazano w badaniu opublikowanym przez chińskich naukowców. 


Dotychczas znane podobne systemy mogły działać nieprzerwanie przez zaledwie kilka sekund i były o wiele większe, co utrudniało ich montaż w mniejszych systemach uzbrojenia.


CZYTAJ TAKŻE: Chiny rzucają wyzwanie dolarowi. Amerykańska waluta najsłabsza od lat

Kategorie: Telewizja

Polacy ruszyli kupować mieszkania. Padł rekord, a wszystko jeszcze przed nami

Portal samorządowy - 5 godzin 48 min. temu
Wnioski kredytowe, które trafiły w styczniu do banków, opiewały na najwyższą kwotę w historii - wynika z najnowszych danych BIK. Jak tłumaczy analityk rynku nieruchomości Bartosz Turek, na rekord ten złożyły się dwa czynniki.
Kategorie: Portale

Nowy trener, stare problemy. Legia cudem ratuje punkt

TVP.Info - 5 godzin 52 min. temu

Artykuł aktualizowany.

Kategorie: Telewizja

Jerze zimą mogą potrzebować pomocy

TVP.Info - 5 godzin 53 min. temu
Kategorie: Telewizja

Kolejny cios w europejską elektromobilność, wstrzymano budowę dwóch fabryk akumulatorów

Automotive Cells Company (ACC) spółka joint venture powołana przez Mercedesa, Stellantisa i TotalEnergies wstrzymała realizację programu budowy w Niemczech i we Włoszech dwóch fabryk baterii do samochodów elektrycznych. Powodem jest brak biznesowej opłacalności.
Kategorie: Portale

Ukraińskie elektrownie jądrowe przerwały produkcję prądu. Po ataku Rosji

TVP.Info - 6 godzin 7 min. temu

Rosjanie zaatakowali elektrownię cieplną Bursztyn w obwodzie iwanofrankowskim oraz elektrownię cieplną Dobrotwór w obwodzie lwowskim – poinformował premier Ukrainy Denys Szmyhal.


Według niego uszkodzone zostały również stacje elektroenergetyczne oraz linie przesyłowe o napięciu 750 kV i 330 kV, stanowiące podstawę krajowej sieci energetycznej. Pracownicy zostali zmuszeni do zmniejszenia obciążenia bloków elektrowni jądrowych.


W całej Ukrainie obowiązują obecnie harmonogramy awaryjnego wyłączania prądu z przerwą w dostawie prądu wynoszącą 4,5-5 stopni, z zaostrzonymi ograniczeniami w regionach wschodnich i północnych.


Ukraina: deficyt mocy


Wszystkie elektrownie jądrowe na terytorium kontrolowanym przez Ukrainę przestały wytwarzać prąd – przekazała agencja Nexta powołując się na komunikat Ukrenergo. Powodem jest awaria kluczowych stacji elektroenergetycznych wysokiego napięcia, przez które energia elektryczna z elektrowni jądrowych jest przesyłana do sieci. W rezultacie deficyt mocy gwałtownie wzrósł.


Operator zwrócił się do Polski o pomoc doraźną. Wcześniej Polska informowała o poderwaniu samolotów wojskowych z powodu rosyjskich ataków na Ukrainę.


Czytaj także: Zmasowany atak Rosjan. Wśród celów firma byłego prezydenta Ukrainy

Kategorie: Telewizja

Dzihadyści ścięli Polaka, bo odmówił przejścia na islam

TVP.Info - 6 godzin 22 min. temu

– Film z egzekucji jest naprawdę przerażający. To ohydna, dokonana na zimno zbrodnia, w której bierze udział kilka osób. Najbardziej porażał spokój geologa, wygłaszającego podyktowane mu oświadczenie, po którym został zdekapitowany. Możliwe, że został odurzony jakimś narkotykiem – opowiada portalowi TVP.Info osoba, która przed laty zajmowała się sprawą porwania i zamordowania Polaka.

 

42-letni Piotr Stańczak, technik pracujący dla firmy Geofizyka Kraków na terenie Pakistanu, został uprowadzony 28 września 2008 roku w pobliżu miejscowości Pind Sultani między Islamabadem i Peszawarem. Napastnicy – jak się okazało terroryści z ugrupowania Tehreek-i-Taliban Pakistan (TTP; Ruch Talibów Pakistanu – przyp. red.) – zastrzelili towarzyszących mu trzech Pakistańczyków. Następnie wywieźli go do jednej ze swoich kryjówek.

 

Na początku października 2008 roku, do pakistańskiego tygodnika „Dawn” trafił film nagrany przez porywaczy. Na nagraniu Piotr Stańczak odczytał oświadczenie po polsku i angielsku, z żądaniem TTP zwolnienia 110 talibów, przebywających w pakistańskich więzieniach. Redakcja tygodnika zwracała uwagę, że rząd w Islamabadzie nie spełni tych postulatów.

 

Czytaj także: Talibowie „wyciągnęli wtyczkę”. Cały kraj bez telefonów i internetu


Wyścig z czasem

 

Polski rząd i służby bardzo intensywnie próbowały doprowadzić do uwolnienia Stańczaka. Media donosiły, że na początku grudnia 2008 roku nasz wywiad ustalił, gdzie przetrzymywano zakładnika i przekazał te informacje stronie pakistańskiej. Bez rezultatu.

 

Rząd rozważał akcję odbicia technika. W styczniu 2009 roku w Pakistanie przebywała grupa polskich oficerów z szefem Sztabu Generalnego Franciszkiem Gągorem, by sondować możliwość wsparcia sił pakistańskich przez polskich komandosów. Wśród wojskowych był też dowódca jednostki specjalnej GROM-u pułkownik Dariusz Zawadka.

 

Byliśmy w gotowości do przeprowadzenia operacji uwolnienia Stańczaka, ale zabrakło zdecydowania decydentów – opowiada portalowi TVP.Info jeden z byłych operatorów GROM.

 

Terroryści grozili zabiciem Polaka, jeśli rząd Pakistanu nie spełni do 4 lutego 2009 roku ich żądań: wycofania wojsk z terytoriów plemiennych i zwolnienia ich więzionych kompanów. Ultimatum przedłużono później o dwa dni.

 

Niestety 7 lutego 2009 roku, pakistańska telewizja Geo TV powiadomiła na swojej stronie internetowej, że Stańczak został zabity przez porywaczy. Terroryści obcięli mu głowę i zamieścili w internecie film z egzekucji. Po tajnych negocjacjach, w kwietniu 2009 roku wydali ciało ofiary Polsce. W maju odbył się pogrzeb mężczyzny.

 

Czytaj także: Szkoła religijna albo szykany dla rodziny. Piekło kobiet w Afganistanie


Ostatnia szansa na życie

 

Po śmierci Stańczaka polskie MSZ zaoferowało milion złotych nagrody za informacje, które mogą doprowadzić do ujęcia morderców.

 

Jeden ze świadków, do których dotarła niemiecka agencja DPA, relacjonował w 2009 roku, że był więziony przez terrorystów z TTP i nasłuchał się od strażników o tym jak wyglądały ostatnie dni Stańczaka.

 

Piotr nigdy nie okazywał oznak zdenerwowania ani strachu. Wszyscy podziwialiśmy jego odwagę. Nawet dla naszego dowódcy zabicie Piotra nie było łatwą decyzją” – miał mówić świadkowi jeden ze strażników o imieniu Abdullah.

 

Wedle niego, przywódca porywczy dał Stańczakowi ostatnią szansę na uratowanie życie – musi przejść na Islam. „Ale był bardzo uparty i odmówił naszego gestu dobrej woli, by uratować mu życie. Piotr powiedział, że najpierw powinniśmy go uwolnić. Wróci do swojego kraju, skonsultuje się z rodziną, poczyta o islamie i dopiero wtedy zdecyduje się na przejście na islam” – relacjonował rozmówca agencji DPA.

 

W 2017 i 2020 roku polskie służby i władze Pakistanu donosiły o zatrzymaniu osób zamieszanych w porwaniem i zamordowanie Stańczaka. Nie wiadomo, czy zostały one skazane.

 

Czytaj także: „Terroryzm to atak na nasze wartości”. 10 lat od zamachów w Paryżu 

Kategorie: Telewizja

Przepowiednia Nostradamusa na 2026 rok. Ostrzegał przed wielkimi wojnami i rojem pszczół. Co się wydarzy?

Dziennik - 6 godzin 29 min. temu
Nostradamus, słynny astrolog z XVI wieku, miał rzekomo przewidzieć pandemię COVID-19 i ataki terrorystyczne z 11 września w USA. Jego kolejne proroctwa dotyczą konfliktu między Wschodem a Zachodem oraz kolejnych wojen. Co mówi jego przepowiednia na 2026 rok? Stella Astrella
Kategorie: Prasa

Czy Nostradamus przewidział przyszłość? Oto 5 przepowiedni, które się spełniły

Dziennik - 6 godzin 30 min. temu
Postać XVI-wiecznego lekarza i astrologa z Salon-de-Provence do dziś stanowi jedną z największych zagadek w historii mistycyzmu. Choć od publikacji jego słynnych wizji minęły stulecia, kolejne pokolenia badaczy wciąż odnajdują w nich zadziwiające korelacje z przełomowymi wydarzeniami, które ukształtowały nowoczesny świat. Czy Nostradamus rzeczywiście posiadał dar widzenia przyszłych katastrof? Stella Astrella
Kategorie: Prasa

Wielki przełom w 2026 roku czy totalna katastrofa? Co przewidziała słynna mistyczka Baba Wanga?

Dziennik - 6 godzin 31 min. temu
Wkroczyliśmy w rok, który w wielu starych przekazach urastał do rangi symbolu. Choć 2026 dopiero się zaczął, atmosfera wyczekiwania na globalne zmiany jest niemal namacalna. Wszystko za sprawą Baby Wangi. Bułgarska mistyczka już dekady temu twierdziła, że to właśnie ten rok stanie się punktem zwrotnym dla całej ludzkości. Dlaczego? Stella Astrella
Kategorie: Prasa

„Wolę ulicę w Berlinie, niż powrót do Polski”

TVP.Info - 6 godzin 36 min. temu

Streetworkerki Agnieszka Nowakowska i Alicja Schock opisały swoje doświadczenia z osobami w kryzysie bezdomności. 


Wiele spośród tych osób pracowało w Niemczech nielegalnie, więc nie mają prawa do świadczeń socjalnych, co stanowi jeden z powodów bezdomności


Część spośród tych osób woli żyć na ulicy, niż mieć kontakt z rodziną w Polsce. Czasem jest im po prostu wstyd, gdyż nie chcą przyznać się przed bliskimi, że zostały oszukane lub im się zwyczajnie nie powiodło.



Spirala bezdomności


Historia berlińskiej ulicy dla wielu Polaków rozpoczęła się podobnie: przyjechali do obiecanej pracy, ale zostali oszukani i pracy jednak nie było. Albo: pracowali nielegalnie, ale nie dostali wynagrodzenia. W takich sytuacjach oszukanych ludzi zalewa wstyd: co mają powiedzieć rodzinie?” – opisuje DW. 


ZOBACZ TAKŻE: Niemcy: Wzrasta liczba młodych bezdomnych kobiet


„Spirala bezdomności rozkręca się szybko. Bariera językowa i absolutna samotność w obcym kraju sprawiają, że człowiek staje się bezradny i bezbronny” – czytamy. 


Zdaniem streetworkerek życie na niemieckiej ulicy jest „łatwiejsze: niż w Polsce ze względu na lepiej rozwinięty system pomocowy, sieć jadłodajni i noclegowni, a także fakt, że nie trzeba być trzeźwym, by z nich skorzystać, a i sami mieszkańcy mają więcej tolerancji wobec bezdomności. 

To miejsce jest dla nich domem – choć domem, który nie chroni przed zagrożeniami.


Streetworkerzy często dostają pytania od mieszkańców, jak można pomóc osobom bezdomnym. Odpowiadają: zagadać. – Spojrzeć jak na człowieka, który jest tak samo ważny, jak każdy inny człowiek i zapytać, czy można pomóc – tłumaczy Alicja.


– W Berlinie jeździ specjalny bus, można zadzwonić do pracowników i oni mogą odwieźć człowieka do noclegowni. Taki gest może uratować życie, bo na dyżurach zdarzało się, że pracownicy GANGWAY znajdowali na ulicy zamarznięte osoby bezdomne.


ZOBACZ RÓWNIEŻ: Przez brak jednego dokumentu rodzinie z dziećmi grozi bezdomność


Inne poczucie czasu i brak snu


Styczniowy mróz jest zagrożeniem, ale codzienność bezdomnych bywa równie bezlitosna. – Osoby w kryzysie bezdomności mają inne poczucie czasu. Dni upływają im w innym rytmie. Często nie mają telefonów ani zegarków, więc nie wiedzą, która jest godzina. Dlatego, jeśli nie dotrzymują terminów współpracy z nami, pamiętamy, że to nie jest ich zła wola – mówi Agnieszka.


Dochodzi do tego chroniczny brak snu. Dla osób żyjących na ulicy noc nie jest czasem regeneracji, lecz wzmożonej czujności. Wtedy jeszcze bardziej muszą uważać na swoje rzeczy i ogólne bezpieczeństwo. Na ataki agresji szczególnie narażone są kobiety i osoby queerowe. – Opowiadają, że na ulicy bardzo często nie mogą spać. Czy w ogóle da się tak spać? – zastanawia się Alicja.


„Musimy powiedzieć: tutaj nasza praca się kończy”


Grille, kino i wyjście na kręgle dają osobom w kryzysie poczucie wspólnoty i równości. – Wtedy zapominają, w jakim są położeniu – mówi Alicja, która organizuje takie wydarzenia. To momenty radości i zabawy. Chwile, gdy mogą poczuć się jak „część społeczeństwa”.


Pracownicy socjalni, żeby nie dźwigać na własnych barkach problemu, z którym obcują na co dzień, korzystają z superwizji. Zdają sobie sprawę, że po wyjściu z pracy powinni się „odciąć” od tragedii, z którymi się stykają, ale to nie zawsze się udaje. – Zdarza się, że mimo naszego ogromnego zaangażowania i wypróbowania różnych dróg pomocy są momenty, kiedy musimy powiedzieć: „Tu nasza praca się kończy. Nawet gdybyśmy stawali na głowie, nie uda nam się rozwiązać problemu”. Wtedy nie jest łatwo pójść do domu i powiedzieć sobie: „Okej, no trudno”.


Walka o godność


Działania streetworkerów wpisują się w większą walkę o godność osób bezdomnych.


Angażują się też w „ogólną” pracę na rzecz osób w kryzysie bezdomności. W zeszłym roku, w odpowiedzi na akcję „uprzątania osób bezdomnych” z berlińskiej stacji metra numer 8 i wyrzucania ich na mróz przez Berlińskie Zakłady Komunikacyjne (BVG), zorganizowali kampanię w ich obronie pod tytułem: „Menschen sind kein Müll” („Ludzie to nie śmieci").


Oprócz tego stawiają tablice upamiętniające w miejscach, gdzie osoby bezdomne umarły. – Na ulicy często mamy do czynienia ze śmiercią. Ta akcja to sposób na głośne powiedzenie o tych osobach. Dzięki temu są chociaż odrobinę mniej anonimowe – tłumaczy Alicja.


CZYTAJ TAKŻE: Ukrywają swoją płeć, by przetrwać. Bezdomność kobiet w Polsce

Kategorie: Telewizja

Norowirus wykryty w organizmach sportowców. Czy na igrzyskach olimpijskich wybuchnie epidemia?

Dziennik - 6 godzin 44 min. temu
Na razie nie ma zagrożenia wybuchem epidemii, ale z Włoch docierają niepokojące sygnały. Przeprowadzone podczas igrzysk olimpijskich badania wykazały obecność norowirusa w organizmach pięciu hokeistek Finlandii i Szwajcarii. Michał Ignasiewicz
Kategorie: Prasa

Subiektywny tydzień Zawioły. Afera z ambasadorem USA i sportowe emocje

TVP.Info - 6 godzin 50 min. temu

Cały świat żyje aktami sprawy Epsteina. To jest dramat tego świata, że tak hańbiący ludzkość proceder musi być tematem numer jeden w mediach. A musi być, bo jest globalny i dotyczy najważniejszych osób w świecie. I nie jest to kontrowersyjny film Larsa von Triera. To prawdziwa historia, w której są ofiary i pojawiają się nazwiska ludzi, którzy pełnią znaczącą rolę w tym świecie, często decydują o jego losach. Ale przy tym ludzi, którzy przy każdej okazji wybielają siebie, jednocześnie oskarżając innych.  


Czekamy na wyjaśnienie sprawy do końca, ale wiem, że nigdy tego momentu się nie doczekamy.  



Być może właśnie z powodu sprawy Epsteina i pojawiającego się w niej nazwiska Donalda Trumpa napięcia nie wytrzymał ambasador USA w Polsce Thomas Rose. Wygląda na to, że Trump nie tylko otacza się ludźmi, którzy uwierzyli w swoją wielkość i nieomylność, ale również czyni ich ambasadorami. To jest nawet dość spójne.  


Przypomnę: Włodzimierz Czarzasty nie chce poprzeć kandydatury Trumpa do pokojowej Nagrody Nobla, w odpowiedzi Rose zrywa stosunki dyplomatyczne z marszałkiem Sejmu i apeluje o jego dymisję. Zapędził się nieco Mr. Rose. Zapomniał, w jakim kraju jest ambasadorem i kto w tym kraju jest u władzy. Dostrzegają to nawet przedstawiciele partii republikańskiej w USA, tej samej, z ramienia której Donald Trump wystartował w wyborach prezydenckich.  


Według samego Trumpa, jak i jego najzagorzalszych, bezkrytycznych zwolenników, Pokojową Nagrodę Nobla powinien otrzymać człowiek, który straszy Iran, grozi Grenlandii i Kubie, porywa przywódcę innego kraju, obraża wojska sojusznicze, gloryfikując swoje, a na polu wewnętrznym godzi się na brutalną działalność funkcjonariuszy, którzy zabijają obywateli jego kraju. Do tego jego nazwisko pojawia się w aktach Epsteina, a w odpowiedzi na pytanie na ten temat, obraża dziennikarkę, nazywając ją najgorszą reporterką stacji.  


CZYTAJ TEŻ: Sikorski zajmie się ambasadorem USA. Zapowiedział, co należy wyjaśnić


Czarzasty postąpił tak, jak powinien – sprzeciwił się nagrodzeniu za czynienie pokoju człowieka, który ten pokój burzy. Nawet jeśli to na razie jedynie spokój ducha. Tymczasem, jak można było się spodziewać, marszałka spotkała prawicowa krytyka, połączona z żądaniem wyjaśnienia jego „wschodnich kontaktów”. Przy okazji wytknięto mu członkostwo w PZPR w latach osiemdziesiątych. I robią to ci, którym nie przeszkadza obecność w strukturach partyjnych prokuratora stanu wojennego i innych szemranych postaci.  


Tydzień temu napisałem w tym miejscu, że są granice politycznego lizusostwa wobec Trumpa. Część środowiska politycznego nadal tych granic nie widzi.  



Zbigniew Ziobro do swojego bogatego CV będzie mógł dołączyć list gończy. Zapewne będzie mógł się też pochwalić Europejskim Nakazem Aresztowania, w skrócie ENA. Wątpliwe to powody do chwały, ale były minister sprawiedliwości pracował na to wiele lat


Możemy się spodziewać kolejnych długich oświadczeń o prawnym zamordyzmie w Polsce i reżimie Tuska oraz Żurka. To dobrze brzmi w prawicowych mediach i uruchamia złe emocje w betonowym elektoracie. A to w tej chwili priorytet Ziobry.  


Tylko że…skoro w Polsce panuje bezprawie, powinna to dostrzec cała Unia Europejska. No dobra…połowa…no, żeby chociaż pięć państw członkowskich. Też nie? Tylko Węgry? To znaczy, że cała Unia Europejska się myli, tylko Orbán ma rację. To tak jak ze słynnym głosowaniem przegranym przez PiS 1:27. Dwudziestu siedmiu członków się myliło, tylko PiS miało rację.  



Kendrick Lamar, Bad Bunny, Lady Gaga, Billie Eilish… Lista nagrodzonych przez Narodową Akademię Sztuki i Techniki Rejestracji (słynne nagrody Grammy) pokazuje, że dzisiejsze pokolenie jest w zupełnie innym miejscu muzycznym niż ja/my, pokolenie pięćdziesięciolatków. I nie ma co biadolić, że „kiedyś to było”, świat muzyki zmienia się z każdym rokiem coraz bardziej i coraz szybciej. A takie wydarzenia jak rozdanie nagród Grammy są w coraz większym stopniu zdominowane przez rap czy hip-hop i coraz nowocześniejsze brzmienia. Coraz częściej też nagradza się nie za jakość, a za klikalność. W tym roku po raz pierwszy w historii nagrody laureatem został wykonawca z nurtu KPop. 


CZYTAJ TEŻ: Zdobył Grammy, zdominował Spotify, uderzył w ICE. Niedługo zagra w Polsce


Czasy, w których laur za album roku otrzymywał zespół U2 (za płytę „The Joshua Tree”), dawno minęły. Choć nagrodzenie w tym roku zespołu The Cure było niemałym zaskoczeniem.   



Jednym z laureatów nagród Grammy był niegdyś także David Bowie. W grudniu ubiegłego roku premierę miał film dokumentalny o ostatnim okresie przed śmiercią artysty: „The Final Act”. Film pełen zdjęć archiwalnych, fragmentów utworów i koncertów z przeszłości. Były też fragmenty wywiadów, które rzucały światło na ówczesny stan umysłu Davida, który, mimo że był pełnym wiary w siebie muzykiem, miał chwile słabości i zwątpienia. To także dowody na to, jak wnikliwie potrafił analizować rzeczywistość. W jednej z rozmów, na pytanie dziennikarza powątpiewającego w siłę internetu, odpowiedział: „Internet to obca forma życia”, dając do zrozumienia, że nowy wynalazek ludzkości może być już niedługo podstawą naszego działania.   


Film robi ogromne wrażenie w samej końcówce, kiedy mowa jest o odejściu Davida Bowiego tuż po ukazaniu się płyty „Blackstar” i przede wszystkim teledysku „Lazarus”, w którym śpiewa „Spójrz, jestem w niebie. Mam blizny, których nie widać”. Podczas nagrywania albumu i kręcenia teledysku wiedział, że odchodzi. Zmarł z powodu raka wątroby.   



Deborah Compagnoni i Alberto Tomba zapalili znicz olimpijski, rozpoczynając tym samym Zimowe Igrzyska. To nazwiska, które działają na moją sentymentalną wyobraźnię tak samo jak Mark Girardelli czy Pirmin Zurbriggen, a wśród kobiet Anita Wachter czy Vreni Schneider. I oczywiście siostry Dorota i Małgorzata Tlałka.  


Zimowe Igrzyska Olimpijskie są inne niż ich letnia odmiana. Nie tylko z powodu dyscyplin i warunków pogodowych. Zimowe są przede wszystkim bardziej kameralne, przytulniejsze. Można mieć wrażenie, że zawody rozgrywane są tuż za rogiem.   


Zaczęło się od ceremonii, o której – jak przy każdej uroczystości otwarcia – komentatorzy mówią, że była wyjątkowa i przejdzie do historii – to samo zapewne usłyszymy podczas uroczystości zamknięcia. I dobrze, bo fantastycznie jest, kiedy zostają nam w głowie pozytywne i radosne obrazy, zwłaszcza w dzisiejszym świecie. A dzisiejszy świat jest taki, że nie zanikły na czas igrzysk konflikty zbrojne, co zdarzało się w przeszłości. Tym razem mamy jednak do czynienia z agresorem, dla którego nie istnieją żadne świętości.  


Czy ktoś pamięta, jaka jest maskotka tegorocznych igrzysk? Otóż dwa gronostaje, Milo i Tina. Ich imiona nawiązują do nazw miast gospodarzy: Mediolanu i Cortiny D’Ampezzo. I tutaj również pojawia się wspomnienie sprzed lat, kiedy przed oczami staje Vućko, wilk towarzyszący wszystkim podczas igrzysk w 1984 roku w Sarajewie, mieście o tragicznej historii. W 1914 roku doszło tu do zamachu na arcyksięcia Ferdynanda, co było bezpośrednią przyczyną wybuchu I wojny światowej. Sarajewo było też jednym z najdramatyczniejszych świadków wojny w byłej Jugosławii. W 1992 roku miasto było oblegane i ostrzeliwane przez Bośniackich Serbów. Zginęło wtedy ponad 10 tysięcy osób. To o Sarajewie śpiewał Luciano Pavarotii z zespołem U2 w utworze „Miss Sarajewo”, a zespół The Cranberries nagrał piosenkę „Bosnia”. To dramatyczne wspomnienia i skojarzenia, ale są też te sportowe. To w Sarajewie Jayne Torvill i Christopher Dean zatańczyli na lodzie do słynnego „Bolera” Ravela i był to najpiękniejszy taniec, jaki widziałem w łyżwiarstwie figurowym.   


Na inauguracji igrzysk pojawił się wiceprezydent USA J.D. Vance. Został wygwizdany i wybuczany, co Donald Trump skomentował słowami: „To zaskakujące, bo ludzie go lubią”. Tu J.D. Vance może pozazdrościć Karolowi Nawrockiemu. On na stadionach (piłkarskich) witany jest entuzjastycznie. 


Ciąg dalszy nastąpi za tydzień.  


CZYTAJ TEŻ: Stoch znów zaskoczy świat? Wielkie oczekiwania kibiców

Kategorie: Telewizja
Subskrybuj zawartość