Aktualności

Mentzen łączy Nową Nadzieję z Imperium Kontratakuje. Tak ratuje partię po decyzji sądu

Gazeta Wyborcza — kraj - 1 godzina 13 min. temu
Nowa Nadzieja w terminie nie złożyła sprawozdania finansowego i sąd wykreślił ją z rejestru partii politycznych. Po połączeniu z Imperium Kontratakuje, ugrupowanie wróci do starej nazwy.
Kategorie: Prasa

Zapłacili cła Trumpa. Czy mają szansę na zwrot?

TVN24 Biznes i Świat - 1 godzina 47 min. temu
W piątek Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych orzekł, że cła nałożone przez prezydenta Donalda Trumpa na mocy prawa o stanie wyjątkowym gospodarczym są niezgodne z prawem. Instytucja nie określiła jednak sposobu, w jaki rząd powinien zwrócić pieniądze firmom importującym towary. Tysiące spółek zgłosiło swoje roszczenia - przekazał Reuters.
Kategorie: Telewizja

Jeszcze nie rządzą, a już kłócą się o kontrolę nad resortami. Tak mówią w PiS

TVP.Info - 1 godzina 50 min. temu

W sobotę w Stalowej Woli odbędzi­e się konwencja PiS dotycząca opracowania programu ws. obronności, podczas której wystąpienie programowe wygłosić ma m.in. były szef MON Mariusz Błaszczak.


Dworczyk wykluczony z konwencji


Portal Interia w czwartek donosił, że dotarł do wiadomości, jaką na zamkniętej grupie rozesłał Błaszczak ws. udziału Dworczyka na konwencji. Jak poinformowano, po uzgodnieniu z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim, Błaszczak miał wykluczyć z niej Dworczyka, ponieważ w swoich wypowiedziach europoseł „nie pierwszy raz rozmijał się z linią partii w zasadniczych sprawach, szczególnie tych związanych z bezpieczeństwem i budową Sił Zbrojnych RP”.


Polityk PiS związany z frakcją wiceprezesa partii Mateusza Morawieckiego, czyli „harcerzy”, potwierdził PAP, że Dworczyka wykluczono z konwencji i dodał, że razem z Błaszczakiem „mają inne wizje”. – Dworczyk bardzo intensywnie przygotowuje raporty, opisuje swoje pomysły i propozycje. Z kolei Błaszczak buduje się na micie ministra, który rozwijał, przywracał godność polskiej armii. Dworczyk podważa jego kompetencje i to, że był dobrym ministrem i tam rzeczywiście chemii nie ma – skonkludował parlamentarzysta.


Wojna frakcji w PiS. Dwa wydarzenia w jednym czasie


Jego zdaniem, sytuacja ma bardzo silny aspekt rywalizacji międzyfrakcyjnej w PiS, a także będzie miała wpływ na kontrolę Ministerstwa Obrony Narodowej w teoretycznym, przyszłym rządzie PiS, po ewentualnym wygraniu wyborów.


Na moment rozpoczęcia sobotniej konwencji ws. obronności zaplanowane jest również otwarte spotkanie Morawieckiego w Słupsku, którego Dworczyk jest zwolennikiem. Pytany o tę zbieżność, polityk PiS związany ze środowiskiem Morawieckiego odpowiedział, że to przypadek.


Jak tłumaczył, „pomysł Stalowej Woli” pojawił się podczas ostatniego posiedzenia Sejmu w kontekście procedowania ustawy wdrażającej program SAFE. Podkreślił, że spotkanie Morawieckiego było zaplanowane już wcześniej. Po ogłoszeniu konwencji – jak dodał – zapadła decyzja, by nie odwoływać spotkania Morawieckiego z uwagi na powiadomionych już mieszkańców Słupska.


– To jest oczywiście spin kilku osób z frakcji „maślarzy” (skupionej m.in. wokół Przemysława Czarnka, Jacka Sasina, Tobiasza Bocheńskiego i Patryka Jakiego), że jest to konkurencja, odciąganie uwagi mediów. Na pewno nie było to planowane jako coś konkurencyjnego – przekonywał.


Czytaj też: Wewnętrzny konflikt w PiS wychodzi na jaw. Morawiecki apeluje o jedność


Zaczęło się od szpiega w MON


Z czwartkowych doniesień Interii wynika, że bezpośrednim pretekstem do wykluczenia Dworczyka z sobotniej konwencji miało być to, że nie wsparł on ataku PiS na spółkę byłego posła KO Pawła Poncyljusza (w przeszłości był on także związany z PiS-em). Sprawa ma związek z ustawą wdrażającą unijny program dozbrajania SAFE, z którego – jak twierdzą politycy PiS – 2 mld euro mają trafić do prywatnej spółki kierowanej przez Poncyljusza. MON uważa, że spółka jest częścią programu „Narodowa Rezerwa Amunicyjna” z czasów rządów PiS.


To kolejny raz, gdy dochodzi do różnicy zdań między Błaszczakiem a Dworczykiem. W lutym Dworczyk – komentując zatrzymanie ulokowanego w strukturach MON szpiega – podkreślił, że osoba ta pracowała m.in. w Departamencie Strategii i Planowania Obronnego, który „pomimo swoich wielu ułomności organizacyjnych, pozostaje 'mózgiem urzędu centralnego'”. W odpowiedzi Błaszczak zarzucił mu „wejście w narrację, którą narzuca rząd”.


Od końca listopada ub.r. politycy PiS przyznają nieoficjalnie, że wewnątrz ugrupowania pojawił się konflikt między zwolennikami b. premiera Mateusza Morawieckiego nazywanymi „harcerzami” a grupą jego przeciwników, skupioną m.in. wokół Przemysława Czarnka, Jacka Sasina, Tobiasza Bocheńskiego i Patryka Jakiego, zwaną „maślarzami”, czy frakcją b. szefa MS Zbigniewa Ziobry. W nieoficjalnych rozmowach z PAP, politycy PiS przyznawali, że Morawiecki i jego frakcja zachowują się z punktu widzenia spoistości partii niedopuszczalnie, kwestionując nawet przywództwo prezesa Jarosława Kaczyńskiego i robiąc wszystko, by ich wyrzucono.


Jarosław Kaczyński mówi „dość”


Od tamtej pory między politykami PiS dochodziło do wielu obszernych wymian zdań w mediach i na platformach społecznościowych, w których brali udział członkowie każdej z frakcji PiS, krytykując siebie nawzajem. Ostatnia taka sytuacja miała miejsce w połowie lutego. Wówczas Jarosław Kaczyński przekazał, że „od teraz każdy, kto zabierze głos w szkodliwej dyskusji, niezależnie od zasług i pozycji, zostanie zawieszony w prawach członka PiS”. Rzecznik PiS Rafał Bochenek doprecyzował w rozmowie z PAP, że chodziło o wymianę zdań między politykami PiS nt. b. wicemarszałka Sejmu Ryszarda Terleckiego i posła PiS Sebastiana Kalety.


Czytaj też: Lista kandydatów z PiS na premiera „Taka osoba nada nową energię”

Kategorie: Telewizja

Kwota nie powala. Zarządcy majątku Epsteina wypłacą odszkodowania ofiarom

TVP.Info - 2 godziny 1 min. temu

W pozwie złożonym w 2024 roku zarzucono współwykonawcom testamentu Epsteina, Darrenowi Indyke'owi i Richardowi Kahnowi, ułatwianie procederu handlu ludźmi oraz kluczową rolę w ukrywaniu przestępstw miliardera. Indyke i Kahn kategorycznie zaprzeczyli tym oskarżeniom. Twierdzili, że nie uczestniczyli w przestępczej działalności Epsteina i nie ponoszą odpowiedzialności za krzywdy ofiar.


Ugoda, która wymaga jeszcze zatwierdzenia przez sędziego, ma definitywnie rozstrzygnąć wszystkie roszczenia wobec pozwanych oraz masy spadkowej.


Do porozumienia doszło po ujawnieniu przez Departament Sprawiedliwości milionów stron akt związanych ze sprawą Epsteina. Ostateczna wysokość odszkodowań zależy od liczby osób, które przystąpiły do pozwu zbiorowego. Jeśli będzie ich mniej niż 40, to łączna kwota może zostać zredukowana do 25 mln dolarów.


W ramach odszkodowań wypłacono ofiarom już 50 mln dolarów


Pełnomocnik Indyke'a i Kahna, Daniel Weiner, podkreślił w oświadczeniu dla CNN, że zgoda na ugodę nie stanowi przyznania się do winy. Zaznaczył, że współwykonawcy testamentu byli gotowi bronić swoich racji przed sądem, ale zdecydowali się na mediację, by uzyskać ostateczne rozstrzygnięcie wszelkich potencjalnych roszczeń wobec spadkobierców.




Część ofiar otrzymała już świadczenia z funduszu utworzonego po samobójczej śmierci Epsteina w 2019 roku. Choć w ramach programu wypłacono wcześniej ponad 50 mln dolarów w ramach 150 roszczeń, to na początku 2021 r. proces wstrzymano z powodu braku płynności finansowej masy spadkowej. Obecna ugoda ma być kolejnym etapem zadośćuczynienia dla pokrzywdzonych w przestępczej działalności Epsteina.


Zobacz także: Polskie śledztwo w sprawie Epsteina. Jest reakcja kongresmenów

Kategorie: Telewizja

Tysiące inicjatyw, jedno przesłanie. „Polska na TAK!” wiosną w TVP Info

TVP.Info - 2 godziny 34 min. temu

Najpierw wyruszyliśmy w drogę. Program plenerowy pokazał miejsca, które zachwycają, inspirują, wzruszają. A potem nabraliśmy rozpędu: koncerty, murale, działania społeczne. 


Tysiące inicjatyw, jedno przesłanie: „Polska na TAK!”. To wybór, energia, przyszłość, którą tworzymy razem. 


„Polska na TAK!” to ogólnopolska akcja Telewizji Polskiej i Polskiego Radia. Akcja ma na celu ukazanie, jak różnorodność lokalnych środowisk i regionów tworzy współczesną Polskę. Podczas akcji prezentowane są inicjatywy danego regionu, słyszymy też głos jego mieszkańców.


Nowy spot akcji „Polska na TAK!” [WIDEO]


Cykl ma spójny koncept, a każdy odcinek jest częścią większej całości. Efekt to powtarzalna, rozpoznawalna seria, która łączy reportaż, społeczny wymiar i interakcję z widownią.



Akcja „Polska na TAK!” ma szansę otrzymać nagrodę w kategorii „Cykl roku” tegorocznych Wirtuali. Wirtuale to plebiscyt nagradzający media i ludzi mediów w Polsce.


Czytaj też: Akcja „Polska na TAK!”. „Seniorzy będą bezkonkurencyjni”

Kategorie: Telewizja

Amerykańskie indeksy w górę po decyzji w sprawie ceł

TVN24 Biznes i Świat - 2 godziny 39 min. temu
Amerykańskie indeksy na plusach po decyzji Sądu Najwyższego USA w sprawie ceł. W centrum uwagi inwestorów jest także napięta sytuacja między Stanami Zjednoczonymi a Iranem.
Kategorie: Telewizja

Nie lubił kompromisów. Beksiński malował „wyłącznie dla siebie”

TVP.Info - 2 godziny 52 min. temu

Miał pan okazję nie tylko spotkać się, ale dobrze poznać Zdzisława Beksińskiego i przez wiele lat z nim współpracować. Jak wyglądało wasze pierwsze spotkanie? Jak je pan zapamiętał?


To był grudzień 1972 roku. Byłem wówczas studentem pierwszego roku historii sztuki na KUL-u. Na przerwę świąteczną pojechałem do domu, do Kościana. Wybrałem się do Muzeum Narodowego w Poznaniu, gdzie była prezentowana wystawa sztuki współczesnej. Oprócz prac artystów z różnych ośrodków (Kraków, Warszawa, Poznań), wisiał obraz podpisany „Zdzisław Beksiński, Sanok”. Gdy wróciłem do Lublina, spytałem mojej dziewczyny, sanoczanki, czy zna takiego artystę? Ależ oczywiście – odpowiedziała – jak przyjedziesz do Sanoka, to go odwiedzimy. Tak też się stało i moje spotkanie z Beksińskim nastąpiło latem 1973 roku. 


Poszliśmy tam razem z moją dziewczyną i jej rodzicami. Rodzice, moi przyszli teściowie, byli artystami po krakowskiej ASP i Beksiński często rozmawiał z nimi o tym, co tworzy, ich kontakty stały się bardzo przyjacielskie. W moim przyszłym wtedy teściu Zdzisław Beksiński miał spore oparcie od strony technologicznej, przecież sam nie studiował malarstwa. Jego dom, wybudowany jeszcze przez dziadka, Mateusza Beksińskiego, był modrzewiowym dworkiem o licznych pokojach, pełnym zakamarków z bardzo ciekawą atmosferą, którą współtworzyły dzieła Zdzisława, który pod koniec lat 70. tworzył także rzeźby. Artysta przywitał nas w drzwiach i przez ciemny korytarz, w którym witały nas „głowy – czaszki”, tworząc już na wejściu specyficzną atmosferę, poprowadził nas do największego pokoju, który był poniekąd wszystkim – pracownią, salonem, nawet pokojem gościnnym, gdyby ktoś chciał tam przenocować.


„Beksiński był człowiekiem pełnym uroku osobistego, dobrodusznym, dowcipnym i prowokującym”


Jak zachowywał się wobec dwójki studentów Zdzisław Beksiński?


Naszą dwójką, czyli parą studentów, zajął się wówczas szczególnie, trochę nas prowokując pytaniami, które pokazywały, że ma zupełnie odmienną opinię na temat sztuki aniżeli to, czego z pewnością uczą nas na studiach. Ta nasza rozmowa odbywała się wśród ścian wytapetowanych jego obrazami, co oczywiście przykuwało głównie moją uwagę. W Poznaniu na wystawie widziałem tylko jeden obraz, który zresztą bardzo mi się nie podobał, tutaj miałem przed sobą kilkanaście wżerających się w pamięć i pobudzających wyobraźnię.


Czytaj też: Zmarł Robert Duvall, legenda kina i laureat Oscara


Artysta okazał się osobą niezwykle inteligentną, mobilizującą do maksymalnego skupienia na tym, co mówi. Był człowiekiem pełnym uroku osobistego, dobrodusznym, dowcipnym i prowokującym.


Wspomniał pan o tych prowokacjach, żartach. Dało się go za nie od razu polubić, czy wręcz przeciwnie, na początku nimi irytował?


Od razu dało się go polubić, ale też my jako młodzi, po pierwszym roku studenci, czuliśmy respekt przed jego wiedzą, przed jego osobowością. Absolutnie nie byłbym w stanie wtedy czegokolwiek mądrego powiedzieć Beksińskiemu o jego malarstwie. To była jednak niesłychanie mocna i ciekawa osobowość, z jednej strony taka ciepła i otwarta, z drugiej strony jednak niejako wymuszająca respekt.


„Beksiński nauczył się myśleć, mając w ręce ołówek, nie tylko o sztuce, ale także o życiu”


Jak rozwijała się twórczość Zdzisława Beksińskiego? Jakie etapy przechodził jako artysta?


Beksiński przechodził swoje różne fazy. Możemy to śledzić w Muzeum Historycznym w Sanoku, oglądając stałą ekspozycję. W spuściźnie zachowały się również jego najwcześniejsze „prace”.


Gdy Beksiński był małym chłopcem, mama wsadzała mu wtedy do ręki ołówek i to małe dziecko wykonywało tym ołówkiem jakieś gesty na papierze. Mama to wycinała, wklejała do zeszytu, myśląc sobie, że Zdziś na pewno będzie jakimś wielkim artystą. Prawie każdy rodzic dokumentuje pierwsze rysunki dziecka, gdy zaczyna rysować i coś mu wychodzi. Można powiedzieć, że mama poniekąd wymusiła na nim te pierwsze „gesty artystyczne”. Tak, więc w muzeum mamy przegląd od „gryzmołków” po ostatnie dzieło sztuki, które ukończył 21 lutego 2005 r., na kilka godzin przed tragiczną śmiercią.


„To była dla Beksińskiego pierwsza szkoła fotograficzna, a dla Muzeum Historycznego w Sanoku cenny materiał dokumentacyjny”


Czy te „gryzmołki” jak je pan nazywa wymuszone przez mamę, sprawiły, że uruchomił się w nim ten artystyczny zmysł?


Beksiński często wspominał, że on się nauczył myśleć, mając w ręce ołówek, nie tylko o sztuce, ale także o życiu. Chcąc wytłumaczyć komuś, jak trafić na konkretną ulicę, brał kartkę i rysował trasę. W ten sposób łatwo mu było natychmiast pokazać informację, bez wielkiego tłumaczenia. Chcąc komuś zobrazować, jaki element w jego starym radioodbiorniku się zepsuł, to po prosty rysował mu schemat i pokazywał, gdzie jest np. ta lampa, którą trzeba wymienić. Ołówek był jego żywiołem od dzieciństwa, ale też służył do takiej dziecięcej jeszcze kreacji artystycznej. Podobnie jak przeciętni chłopcy, rysował samoloty, żołnierzy walczących, strzelaniny. Warto przypomnieć, że Beksiński urodził się w 1929 roku, a 10 lat później wybuchła wojna.


Jego wzorcem był Artur Grottger i jego rysunki. „Lithuania”, która jest takim cyklem fantastyczno-romantycznym, mogłaby się stać tutaj pewnym takim symbolem dla całej jego twórczości. Ten sposób wykonania, niesłychanie precyzyjny, światłocieniowy, z bogactwem tonów od głębokiej czerni, poprzez szarości, aż do jasnej, niezarysowanej kartki. Beksiński nieraz o tym mówił, że chciał się stać takim drugim Grottgerem.


Inną osobą, na której się za młodu wzorował, był niejaki Teo Matejko – ilustrator w niemieckich w gazetach okupacyjnych, które jakoś docierały do rodziny Beksińskich. Patrząc na jego rysunki, Zdzisław również się uczył. Śmiał się z tego, że żaden Niemiec by dzisiaj nie potrafił powiedzieć, kto to był Teo Matejko, a Beksiński wiedział.


W tym okresie ojciec kupił mu aparat fotograficzny i tak Beksiński zaczął robić pierwsze zdjęcia. W Sanoku, w przedwojennej fabryce tramwajów i wagonów, hitlerowcy utworzyli warsztaty naprawiające zepsuty czy uszkodzony sprzęt z frontu. Tego sprzętu wojennego tutaj w Sanoku było bardzo dużo. To wręcz niewiarygodne, że w czasie okupacji chłopaczek chodzi i strzela zdjęcie nowoczesnego sprzętu wojennego, żołnierze mu przy nim pozowali. To była dla Beksińskiego pierwsza szkoła fotograficzna, a dla Muzeum Historycznego w Sanoku cenny materiał dokumentacyjny. W Sanoku zalicza szkołę w tajnym nauczaniu, kończy się wojna, zdaje maturę i idzie na studia.


O jakim kierunku studiów wtedy myśli?


Chce być filmowcem. Powstaje wówczas szkoła filmowa w Łodzi. Marzy, by tam pójść, ale ojciec mówi mu: „Nie chłopcze, nie pójdziesz. Ty masz w przyszłości utrzymać rodzinę. Ty sobie wybij z głowy, bo jeślibyś nawet skończył te studia z wyróżnieniem, to i tak nie będziesz miał jakiejkolwiek pracy. Pójdziesz na architekturę. Polska jest zniszczona, będziesz miał mnóstwo roboty jako architekt”. Beksiński nieco się buntował, ale posłuchał ojca, choć równocześnie jedzie do Krakowa, tam zdaje na piątkę egzamin na Akademię Sztuk Pięknych.


Ojciec jednak stawia na swoim i mówi, że najpierw skończy studia architektoniczne, a potem, jeśli będzie chciał jeszcze coś innego studiować, to mu to sfinansuje. W ten sposób Beksiński trafił na Wydział Architektury Politechniki Krakowskiej, ale równocześnie cały czas rysował.


Nadal jest wierny fotografii?


Owszem, kupuje sobie lepszej klasy aparat, robi zdjęcia. Poznaje swoją przyszłą żonę Zofię i robi piękne, takie impresjonistyczne, delikatne fotografie. Myśli również, w jaki sposób użyć aparatu fotograficznego jako narzędzia sztuki. W międzyczasie kończy architekturę, ale jej nie kocha. Dostaje nakaz pracy i trafia na budowę w Rzeszowie. Strasznie to go męczy i stara się pracować jak najgorzej, by – jak wspominał – chcieli się go pozbyć. W końcu osiąga swój cel i zostaje zwolniony. Po znajomości udaje mu się dostać pracę w fabryce autobusów Autosan w Sanoku, czyli w fabryce, którą w XIX wieku organizował jego pradziadek Mateusz Beksiński wraz z kuzynem Walentym Lipińskim. Zdzisław wraca do Sanoka, zamieszkuje z żoną w rodzinnym domu i zaczyna się zastanawiać, co ma robić w małym, biednym, szarym miasteczku.


Niech zgadnę, zaczyna fotografować?


Bingo (śmiech). Fotografuje właściwie wszystko. W pełni eksperymentuje. Tworzy od zdjęć pseudoreportażowych po abstrakcje, tworzy fotomontaże, wycinając nożyczkami fragmenty jednego zdjęcia i przyklejając do drugiego, fotografując to ponownie itd. Tak wówczas powstawały fotomontaże. Beksiński podchodzi jednak do fotografii w sposób bardzo kreatywny. Nie interesowała go otaczająca rzeczywistość, ale to, co „w sposób niewymuszony” przychodziło mu do głowy. Z rzeczywistości brał tylko elementy, które pozwalały mu zrealizować swoje pomysły. Przypomnijmy, że to była połowa lat 50., gdzie jeszcze obowiązywał socrealizm, a on tu w Sanoku stworzył fenomenalne fotografie, wyprzedzające awangardowe kierunki sztuki na Zachodzie. Jedna z jego najpiękniejszych prac z tamtego okresu pokazuje twarz staruszki, tak nieprawdopodobnie pomarszczoną, że aż niemożliwe wydaje się osiągnięcie takiego efektu z fotografii, a nie grafiki. W tym, co robi, nie brakuje wątków przemijania, śmierci. Jedna z najczęściej nagradzanych jego prac to fragment sanockiego placu, ze staruszką w chuście, pochyloną do przodu i obciętą prawym marginesem, która wyraźnie schodzi z kadru. To, co się za nią dzieje, to są dwie strefy – wypalone zupełnie światłem niebo i ciemny bruk, po którym ona idzie. To niemalże mistyczna fotografia. To była jego odpowiedź na pytanie, co może robić fotograf w małym miasteczku. Jego główną modelką stała się żona. Tworzy zdjęcia, które wówczas stały się pewnego rodzaju skandalem, takie jak „Gorset sadysty” ukazujący akt kobiety obwiązanej „jak baleron” sznurkiem. Inna praca to „portret” dziewczyny, gdzie twarz jest zupełnie czarna, wydarta ze zdjęcia.


Czytaj też: Damięcka: Napędza mnie poczucie niesprawiedliwości


W pewnym momencie dochodzi do wniosku, że musi się mocno natrudzić, by ustawiać i fotografować wszystko tak, jak chce, ile czasu musi na to zmarnować, a przecież może wziąć do ręki ołówek i narysować, co podpowiada mu podświadomość.

I szybciej to narysować, i namalować.


Tak, oczywiście. Ostatnia faza jego twórczości fotograficznej to reprodukcje różnych zdjęć, słów ze słownika, które zestawia z innymi fotografiami. Warto zwrócić uwagę, że dzieje się to wszystko, zanim zrodzi się konceptualizm i inne tendencje w sztuce. W 1959 r. definitywnie kończy z fotografią artystyczną.


„Ta sztuka zaczyna fascynować widzów, jest czymś nowym; wizyjna, ekspresyjna, dotykająca bolesnych problemów – śmierci, przemijania”


Po tej fotografii przychodzi czas malowania obrazów?


Przychodzi czas, ale nie malowania w tradycyjny sposób. Zwraca się ku sztuce abstrakcyjnej. Jednocześnie zaczyna robić rzeźbę, tworzy reliefy i rzeźby. Jako abstrakcjonista zostaje zauważony i doceniony, otrzymuje nawet, dostaje możliwość wyjazdu na stypendium do Nowego Jorku. W początku lat 60 stypendium w USA to jakby się Pana Boga złapało za nogi. Nie pojechał, został w Sanoku. Zresztą był to już taki okres, w którym zaczynała się krystalizować jego nowa wizja, która będzie nazwana malarstwem fantastycznym, pejzażem fantastycznym.


A więc ta, z której był najbardziej znany?


Ta, która przyniosła mu niezwykłą popularność, trwającą właściwie do dzisiaj. Popularność u widzów, ale też największą niechęć krytyków uważających, że to, co robi, nawiązuje do sztuki symbolicznej, XIX-wiecznej, że jest niezwykle słabe malarsko i kiczowate w treści. Beksiński oczywiście broni się przed takimi zarzutami. Uważa, że to, co robi, ma zupełnie inny podtekst, że nie ma w tym żadnego symbolizmu, żadnej treści, że są to wizje, które rodzą się w nim całkowicie spontanicznie. Jest natomiast zupełnie niedostrzegalna przez krytyków ironia, groteska, persyflaż, a także gra z widzem nieprzyzwyczajonym do odbierania dzieła sztuki bez poszukiwania treści. Nie ma tu żadnych symboli, jest to, co w sposób spontaniczny przychodzi mu do głowy w ciągu sekundy. Nie nadaje obrazom tytułów. Ta sztuka zaczyna fascynować widzów, jest czymś nowym; wizyjna, ekspresyjna, dotykająca bolesnych problemów – śmierci, przemijania. W 1977 r. Beksiński wraz z żoną i synem przenoszą się do Warszawy. Artysta sprzedaje dużo i za coraz wyższą cenę. Jego dom rodzinny w Sanoku mają wyburzyć, a Warszawa ułatwi mu życie codzienne w obliczu narastającego kryzysu ekonomicznego.


„Absurdalnym było, że znał mordercę, ufał mu, że został pozbawiony życia u siebie w mieszkaniu. Nie mogłem uwierzyć w tę nonsensowną śmierć”


Jak się zmienia? Jak wyglądają prace Beksińskiego w latach 80.?


Z wolna odchodzi od fantastycznych pejzaży. Skupia się na postaci ludzkiej, na torsach, głowach, pracując nad doskonaleniem warsztatu, poszukiwaniem własnej formy, oczywiście nadal dramatycznej. Jego figury i głowy podlegają różnym deformacjom. Dzięki zawężeniu motywów ma większe możliwości improwizacji, która staje się jakby punktem wyjścia do malowania. Ta sztuka będzie teraz koncentrować się właściwie na takiej ekspresji nie poprzez drastyczne tematy, raczej poprzez pełną napięcia formę. Ostatni obraz zostanie ukończony w dniu jego śmierci, 21 lutego 2005 r.


Ten obraz po jego śmierci znaleźliśmy w pracowni, w tym miejscu, w którym został przez artystę pozostawiony. Jest to obraz prawie abstrakcyjny. Materia, która trochę przypomina blachę, podziurawioną, pordzewiałą po brzegach, strzępy i fałdy, które układają się w formę krzyża. Obraz ten na pewno nie był jakimś zakończeniem, bo jego możliwości twórcze i jego chęć życia były takie, że ta sztuka byłaby kontynuowana, ale stał się w ten sposób jakimś tajemniczym pożegnaniem z nami. 


Jak zapamiętał pan ten dzień, kiedy dowiedział się o tym, że Zdzisław Beksiński został zamordowany?


W latach 90. zostałem dyrektorem muzeum w Sanoku. Te nasze kontakty z Beksińskim stawały się dosyć często. Coraz bardziej dojrzewał do tego, zawłaszcza po śmierci żony i tragicznej śmierci syna, że coś trzeba postanowić ze swoją spuścizną. Zadzwonił do mnie, żebym jak najszybciej do niego przyjechał. To była bardzo bolesna dla mnie rozmowa. Powiedział: „Wie pan, że ja w każdej chwili”, jak on to mówił, „mogę się przekręcić i dlatego chciałbym przygotować testament i wszystko panu przekazać”. Zamurowało mnie. Zasugerowałem, by zapisał swoje prace nie na mnie, ale na Muzeum Historyczne w Sanoku. Przekonałem go, że obrazy nie będą zalegały w piwnicy, że dla Sanoka będzie zawsze najważniejszą osobą i żaden dyrektor, który przyjdzie po mnie, nie pozwoli na to, by zalegały w magazynach. Ta rozmowa trwała bardzo długo, ale się udało.


Beksiński, jak wspomniałem, był pełen życia, te kontakty nasze były częste, zarówno telefoniczne, jak też moje wizyty w Warszawie. Gdy 21 lutego przyszedłem do pracy, zadzwonił do mnie burmistrz z nieoficjalną informacją, że Beksiński został zamordowany. Nie mogłem w to uwierzyć, kompletnie. Myślałem, że to bzdury, plotki. Natychmiast wykręciłem numer do niego i zastanawiałem się, co mu powiem, gdy odbierze, jaki temat mam z nim poruszyć, przecież nie powiem mu, że mam informację, że został zamordowany. W stu procentach byłem przekonany, że on ten telefon odbierze. Słuchawkę podniósł jego szwagier i wtedy stało się jasne, że to wszystko prawda. Zamknąłem się w gabinecie i przez dwie godziny nie mogłem z siebie słowa wydobyć. To był szok. Rzecz, której nie da się zrozumieć. Potem wyszło na jaw, kto i dlaczego to zrobił. Absurdalnym było, że znał mordercę, ufał mu, że został pozbawiony życia u siebie w mieszkaniu. Nie mogłem uwierzyć w tę nonsensowną śmierć.


„W obrazach olejnych stosował bardzo cienki pędzelek. Jest to niesamowita plątanina kresek, form nakładających się, przenikających, z których odczytujemy jakieś postaci, jakąś akcję, jakieś zwierzę”


Zastanawia się pan czasem nad tym, co by było, gdyby Beksiński nadal żył? W którą stronę poszłaby jego twórczość?


Nie powiedzieliśmy o tym, że w momencie, kiedy opanował komputer, najpierw jako maszynę do pisania, a potem – dzięki opanowaniu programów graficznych – zaczął tworzyć coś, co nazywał fotomontażami komputerowymi. Wrócił jakby do okresu fantastycznego, ale przy pomocy fotografii. Albo robił sam zdjęcia, albo wyszukiwał je w internecie, przetwarzał, konstruując zupełnie nowe kompozycje. Wkładał w to niesamowicie mnóstwo pracy. Nie znał języka angielskiego, a musiał się nauczyć m.in. komend w tym języku. Radził sobie z tym świetnie. Nie byłem tym elementem jego twórczości zachwycony i wcale tego nie kryłem. Nie mówię, że mi się to w ogóle nie podobało, ale uważam, że na obrazie dzieje się nieporównywalnie więcej. Tam był zapis jego ręki, jego umiejętności, nie tylko myśli, koncepcji.


Powoli zaczął się tym nudzić, przechodząc do następnej fazy. Wykonywał rysunki ręcznie, skanował i potem przetwarzał je komputerowo. To dawało oczywiście nieporównywalnie lepsze, artystycznie ciekawsze plastycznie rozwiązania. Tę twórczość kontynuował równolegle z malarstwem aż do śmierci. Szukał własnej, ekspresywnej formy postaci, które zawsze sugerują jakiś dramat, często samotność, lęk przed nicością. To było jakby istotą tej jego twórczości komputerowej, ale też i malarskiej.


Zapytała pani, czy doszłoby do jakiejś radykalnej zmiany? Coraz bliższe było mu posługiwanie się formą, która stawała się coraz bardziej abstrakcyjna, mniej czytelna. Dla niego swoboda improwizacji, to, że nic nie musi, że może swoją wizję dowolnie zmieniać, przekształcać pod wpływem nagłego impulsu, było najważniejsze. Sądzę, że nie rozstawałby się z wariacjami na temat figury ludzkiej, zwierzęcej, czy też głowy. Myślę, że na pewno nie poszedłby do skrajnej abstrakcji takiej, gdzie już niczego nie rozpoznajemy, ale swoboda kreacji byłaby zawsze najważniejsza. Czy kontynuowałby to z jeszcze większym napięciem wewnętrznym? Czy siły twórcze by już trochę słabły? Czy zaczynałoby powtarzać siebie samego? Nie wiem. Tego nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

Który z obrazów Beksińskiego albo okres w jego twórczości jest pana ulubionym? Robi na panu do dziś ogromne wrażenie?


Uff… Każdy okres ma swoje wzloty i upadki. Obrazy Beksińskiego nie mają tytułów, operują kodami, więc trudno wskazać konkretne dzieła, posługując się umownymi, niezrozumiałymi dla nikogo symbolami. Powiem może inaczej. Dla mnie chyba najwspanialszy okres to jest druga połowa lat 90. W dużej mierze są to obrazy malowane cienką kreską, którą zawsze najbardziej kochał. W obrazach olejnych stosował bardzo cienki pędzelek. Jest to niesamowita plątanina kresek, form nakładających się, przenikających, z których odczytujemy jakieś postaci, jakąś akcję, jakieś zwierzę. To wszystko osiąga taką subtelność walorową, odcieniową i kolorystyczną, a zarazem takie natężenie, że bardzo wyraźny jest ból i dramatyzm tych obrazów. To, co było przez całą jego twórczość obecne. Powiedziałbym więc, że takie najpiękniejsze obrazy to właśnie te z późnych lat 90. Ostatni jego obraz mógłby również być uważany za jeden z najpiękniejszych.


„Powtarzał zawsze, że 'maluję wyłącznie dla siebie', a to, że inni nawet chcą to kupować, to budziło jego ciągłe zdumienie”


Od czego pana zdaniem warto zacząć, by poznać sztukę Beksińskiego? Po prostu pojechać do muzeum w Sanoku i zobaczyć?


Warto pamiętać, że Beksiński w różnych okresach swojego życia dla sanockiego muzeum wybierał i zostawiał te najlepsze prace. Często był taki telefon: „Panie Wiesławie, mógłby Pan przyjechać? Może najlepiej jutro albo pojutrze. Samochodem, bo ja mam tu odłożone obrazy. No, nie daj Boże, ktoś się zjawi, a wie pan, że ja jestem mało asertywny, a chciałbym, żeby one były w Sanoku”. Jechałem i odbierałem to, co chciał nam przekazać i dlatego można powiedzieć, że te najlepsze realizacje, nie wszystkie rzecz jasna, ale większość, trafiły do Sanoka, do muzeum. A więc tu, w Sanoku, gdzie jest cały przegląd przez jego sztukę, warto poddać się urokowi, grozie, pięknu.


Dlaczego pana zdaniem warto się zapoznać ze sztuką Zdzisława Beksińskiego? Pochylić się nad nią?


Myślę, że jest to sztuka absolutnie samodzielna, odrębna, że nie jest to artysta, którego wykreował jakiś nurt artystyczny. Był to człowiek, który szukał własnej drogi i udało mu się ją znaleźć. Ta sztuka na pewno nie jest przyjemna, nie jest pogodna, nie jest wesoła, jest bardzo dramatyczna, czasami aż do bólu. Czasami nas denerwuje, a czasami nawet, zwłaszcza w tych wczesnych okresach, śmieszy. To, co tworzył Beksiński, jest rzeczywiście jego własne. Nigdy nie podpatrywał, nie podkradał cudzych pomysłów. On nie szedł na żadne kompromisy. Nie robił czegoś, co miałoby komuś innemu się podobać. Powtarzał zawsze, że „maluje wyłącznie dla siebie”, a to, że inni nawet chcą to kupować, to budziło jego ciągłe zdumienie.


Czytaj też: Aktor Shia LaBeouf zatrzymany po bójce podczas Mardi Gras

Kategorie: Telewizja

Takiej waloryzacji jeszcze nie było. Dotknie miliona emerytów

Już 1 marca 2026 roku emerytury i renty zostaną podane waloryzacji, która okazała się korzystniejsza od założeń i wyniesie 5,3 proc. Co ważne, waloryzacji zostanie poddana także po raz pierwszy renta wdowia. To świadczenie pobiera już ponad milion seniorów. Renta wdowia funkcjonuje od lipca 2025 roku i można ją otrzymywać w dwóch różnych wariantach.
Kategorie: Portale

Katarzyna Dowbor odpowiada na krytykę Richardson. "Nie ma prawa oceniać"

Dziennik - 3 godziny 6 min. temu
Monika Richardson dolała oliwy do ognia. W jednym z najnowszych wywiadów nazwała prezenterów śniadaniówek "chłopcami i dziewczynkami do wynajęcia". Katarzyna Dowbor w rozmowie z Dziennik.pl skomentowała te słowa. "Ja bym się nie odważyła" - mówi. Co jeszcze dodała dziennikarka "Pytania na śniadanie"? Marta Kawczyńska
Kategorie: Prasa

Brytyjczycy mają problem. Skompromitowany książę wciąż może być królem

TVP.Info - 3 godziny 15 min. temu

Andrzej jest trzecim dzieckiem (drugim synem) byłej królowej Elżbiety i jest ujęty w sukcesji do tronu Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. Urzędnicy rządowi planują jednak prawnie zablokować taką możliwość.


Andrzej ósmy w kolejce do brytyjskiego tronu


Minister obrony Luke Pollard powiedział w wywiadzie dla BBC, że zmiana, która uniemożliwiłaby Andrzejowi objęcie tronu, byłaby „słuszną decyzją”, niezależnie od wyniku śledztwa policyjnego.


Obecnie Andrzej, brat króla, pozostaje ósmy w kolejce do tronu, mimo że w październiku ubiegłego roku odebrano mu tytuły, w tym „księcia”. Działania związane były z presją wynikającą z powiązań członka rodziny królewskiej z finansistą i pedofilem Jeffreyem Epsteinem.


Andrzej Mountbatten-Windsor został zatrzymany przez policję, przesłuchany i po 11 godzinach (w czwartek 19 lutego) zwolniony z aresztu. Postawiono mu zarzuty nadużycia władzy publicznej, czemu on sam zaprzecza.


Zobacz także: Epstein wykorzystywał kontakty. Zażyczył sobie spotkania z Kaddafim


W wywiadzie udzielonym w programie Any Questions w BBC Radio 4 Luke Pollard przyznał, że rząd współpracował z Pałacem Buckingham w sprawie niedopuszczenia do tego, aby były książę „znajdował się o krok od tronu”. Sprawa jednak nie jest jeszcze ostatecznie przesądzona. W październiku rząd Keira Starmera informował, że nie planuje wprowadzenia ustawy zmieniającej linię sukcesji.


By usunąć Andrzeja potrzebna zgoda... Jamajki


Propozycja rządu pojawiła się po tym, jak niektórzy posłowie, w tym Liberalni Demokraci i Szkocka Partia Narodowa (SNP), zasygnalizowali swoje poparcie dla takiego ustawodawstwa, ale działania te mają też swoich przeciwników. Część parlamentarzystów Partii Pracy powiedziało BBC, że nie są przekonani co do konieczności podjęcia takiego kroku – choćby z tego powodu, że jest bardzo mało prawdopodobne, aby były książę Yorku kiedykolwiek objął tron.


Pałac Buckingham oficjalnie nie skomentował planów rządu dotyczących usunięcia Andrzeja z linii sukcesji, ale historyk David Olusoga powiedział w wywiadzie dla BBC Newsnight, że „w rządzie i pałacu istnieje obecnie rozpaczliwa potrzeba zbudowania zapory między tym kryzysem a szerzej rozumianą monarchią”.


Zobacz także: Były książę Andrzej wypuszczony po przesłuchaniu. „Wyglądał na oszołomionego”


Zatwierdzenie decyzji rządu usuwającej Andrzeja Mountbatten-Windsora w cień, wymaga długiej ścieżki legislacyjnej. Poza zgodą parlamentarzystów potrzebna jest także zgoda króla oraz poparcie 14 krajów Wspólnoty Narodów, których głową państwa jest Karol III, w tym Kanady, Australii, Jamajki i Nowej Zelandii.


Kategorie: Telewizja

Jaka będzie Częstochowa? Trwają społeczne konsultacje nad planem ogólnym miasta [TERMINY]

Gazeta.pl — Częstochowa - 3 godziny 20 min. temu
- Tym, co zawierać będzie plan ogólny gminy, powinien zainteresować się każdy. Jest to ważne ze względu na możliwości inwestycyjne gruntów, które się posiada lub które zamierza się zakupić np. w celu budowy domu - radzą eksperci.
Kategorie: Prasa

Niespodziewana decyzja Trumpa. 10-proc. cło na wszystkie kraje świata od północy

Dziennik - 3 godziny 23 min. temu
Prezydent USA Donald Trump poinformował w piątek, że nałożył 10-proc. globalne cło. Dodał, że taryfy wejdą w życie "niemal natychmiast". Decyzja Trumpa to reakcja na werdykt Sądu Najwyższego USA, który wcześniej w piątek unieważnił większość taryf nałożonych przez prezydenta USA w 2025 r. Aneta Malinowska
Kategorie: Prasa

Załamanie na rynku pracy. Czegoś takiego nie było od dekad

Główny Urząd Statystyczny podał dane dotyczące przeciętnego zatrudnienia i wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw w styczniu 2026 roku. - Skala spadku zatrudnienia jest zjawiskiem niespotykanym od dekad - ocenił Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej.
Kategorie: Portale

Serialowy megahit wreszcie wraca. Na żaden sezon nie czekano tak długo

Dziennik - 3 godziny 25 min. temu
Szokujący finał trzeciego sezonu serialowego megahitu "Stamtąd" rozbudził apetyty na więcej. Co istotne, ostatnia odsłona zebrała jeszcze lepsze opinie niż wysoko oceniane dwa wcześniejsze sezony. Pozytywnie sezon trzeci oceniło aż 100 proc. krytyków. Jednak pozytywna nie była dla fanów wieść, że premiera sezonu czwartego została znacznie opóźniona. Ale wreszcie nastąpi! Piotr Kozłowski
Kategorie: Prasa

Koniec pogoni za sportowcami. Najsłynniejszy pies igrzysk dostał „szlaban”

TVP.Info - 3 godziny 48 min. temu

Nazgul w środę towarzyszył narciarkom i wbiegł na metę w Tesero w Val di Fiemme, podczas gdy jego właściciele podróżowali pociągiem do... Anterselvy na olimpijskie zawody biathlonowe. W trakcie jazdy zaczęli otrzymywać od znajomych zdjęcia i filmy pokazujące, jak ich dwuletni pupil towarzyszy narciarkom.


Teraz rodzina Varesco postanowiła zapobiec kolejnej niebezpiecznej sytuacji – wzmocnione zostało zabezpieczenie wokół legowiska psa, a rywalizację mężczyzn na najdłuższym dystansie właściciele będą oglądać razem ze swoim pupilem z... balkonu. Przyznali, że przeżyli chwile paniki.


– Gdy dostaliśmy filmy, to zrozumieliśmy, że to nasz Nazgul i nic nie możemy zrobić. To był moment paniki. Nie sądziliśmy, że to się dzieje w realu. Dobrze, że nic się nie stało, wszystko potoczyło się pozytywnie, a ludzie go pokochali – powiedziała Alice Varesco przyznając, że zdenerwowanie nie opuszczało ją przez dłuższy czas, nawet wówczas, gdy dostała informację, że nikomu nic się nie stało.


Organizatorzy myśleli, że wilk wybiegł z lasu


Zdenerwowani byli też na początku organizatorzy igrzysk, gdy oglądali surrealistyczny obraz podczas kwalifikacji – myśleli na początku, że to wilk wybiegł z lasu. Srebrno-szary pies z nastroszonymi uszami najpierw wpatrywał się w narciarki, a potem instynktownie, jak przystało na przedstawiciela grupy psów pasterskich i owczarków, dołączył do pościgu. Złapał go sam dyrektor zawodów biegowych, a członkowie dalszej rodziny zabrali szybko psiaka do domu.




Właściciele podkreślili, że pies nigdy nie wychodził sam i być może frustracja samotnością po tym, jak wyjechali na zawody biathlonowe, spowodowała, że naciskał dźwignię drzwi, zdołał wydostać się na zewnątrz i trafił na ... arenę olimpijską, w pobliżu której mieszka rodzina Varesco.


– Myślę, że chciał nas szukać, ponieważ jest przyzwyczajony... do spacerów z nami – dodała Alice.


Bieg sprinterski wygrały Szwedki, srebro zdobyły Szwajcarki, a brąz Niemki. Polki w składzie Izabela Marcisz i Monika Skinder zajęły 11. miejsce.


Czytaj też: Dobry start naszej sztafety. Historyczny wynik

Kategorie: Telewizja

Ultraszybkie monitorowanie kubitów: krok bliżej do stabilnych komputerów kwantowych

Dziennik - 3 godziny 54 min. temu
Komputery kwantowe mają potencjał zrewolucjonizować naukę i technologię, od projektowania nowych leków po rozwiązywanie złożonych problemów optymalizacyjnych. Jednak droga do ich praktycznego zastosowania wciąż napotyka poważne przeszkody. Jedną z największych jest niestabilność podstawowych elementów tych maszyn, czyli kubitów. Naukowcy z Instytutu Nielsa Bohra (NBI) opracowali właśnie metodę, która pozwala obserwować ich zachowanie niemal w czasie rzeczywistym. Patryk Rozmus
Kategorie: Prasa

Pyszny obiad na sobotę. Podajemy przepis, Ty gotujesz. Kruchy schab w kremowym sosie chrzanowym

Dziennik - 3 godziny 55 min. temu
Na sobotni obiad proponujemy danie pyszne, proste i dietetyczne. To będzie schab w kremowym sosie chrzanowym. Schab ugotujemy w bulionie, a potem wrzucimy do kremowego sosu chrzanowego. Bulion możemy wykorzystać do przygotowania pysznej pomidorówki. Sos chrzanowy bił rekordy popularności w PRL. Pora sobie o nim przypomnieć. Beata Zatońska
Kategorie: Prasa

Ekstremalne warunki ujawniają nieznane właściwości czystych metali. Nowe odkrycie może zmienić projektowanie materiałów dla kosmosu i lotów hipersonicznych

Dziennik - 4 godziny 18 min. temu
Przez dziesięciolecia uczono studentów inżynierii i metalurgii jednej podstawowej zasady: podgrzewanie metalu sprawia, że staje się on miększy i łatwiejszy do kształtowania. To dlatego kowale rozgrzewają stal przed kuciem, a przemysł wykorzystuje wysoką temperaturę do formowania materiałów. Nowe badania pokazują jednak, że ta reguła nie zawsze obowiązuje. W pewnych ekstremalnych warunkach dzieje się coś zupełnie odwrotnego — czyste metale pod wpływem ciepła stają się… mocniejsze. Patryk Rozmus
Kategorie: Prasa

Nawet 1,5 tys. zł kary za nieodśnieżony chodnik. To może się zmienić

Obowiązek sprzątania publicznego chodnika przed własną posesją od lat wzbudza kontrowersje, zwłaszcza zimą. Za nieuprzątnięcie chodnika grozi grzywna do 1,5 tys. zł, a także odpowiedzialność karna i cywilna. Wkrótce może się to zmienić - I prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Manowska skierowała w tej sprawie wniosek do Trybunału Konstytucyjnego.
Kategorie: Portale
Subskrybuj zawartość